„Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie”.

J 11, 25

Dnia 3 czerwca 2018 roku odeszła do Pana nasza Siostra –

ŚP. SIOSTRA PLACYDA od Pana Jezusa

Teresa Kurzempa

przeżywszy lat 89; życia zakonnego – 68; profesji – 66.

Msza święta pogrzebowa będzie sprawowana w czwartek, 7 czerwca, o godz. 14:00 w kaplicy Matki Boskiej Anielskiej w Laskach. Po Mszy świętej – pogrzeb na cmentarzu zakładowym.

PANIE, PRZYJMIJ JĄ DO SWOJEJ ŚWIATŁOŚCI.

„Siostry […] przez całe życie oddają cześć Bogu, aby Go kochać i wielbić kiedyś w niewypowiedzianym szczęściu”.

Matka Elżbieta Czacka

Siostra Placyda od Jezusa – Teresa Kurzempa urodziła się 27 sierpnia 1929 roku w Majdanie Wielkim koło Krasnobrodu, w rodzinie rolniczej. Rodzice, Jan i Karolina z Drabików, wcześnie zostali osieroceni.

Mama przyszłej siostry Placydy została zabrana przez krewnych, u których uczył się i pracował Jan Kurzempa, jej przyszły mąż, a tato s. Placydy. Był on z zawodu rzemieślnikiem prac precyzyjnych. Terminował w znanej w Tomaszowie Lubelskim pracowni jubilerskiej. Zarobkowo wykonywał różne prace z zakresu kowalstwa. Siostra Placyda zapamiętała go jako człowieka bardzo uczynnego, który robił wiele rzeczy za „Bóg zapłać”, gdy widział, że ludzie nie mieli jak zapłacić. Wykonywał różne cenne narzędzia rolnicze: pługi, wozy i in. Ludzie mieli stwierdzić, że można by było za jego pracę całą wieś wybudować.

Teresa była najmłodsza spośród ośmiorga rodzeństwa. Najstarsza córka zmarła w wieku 21 lat na gruźlicę. Rodzina miała 12-morgowe gospodarstwo. Dochody z niego zapewniały przed wojną względnie dobry byt materialny licznej rodzinie. Przy okazji swojego złotego jubileuszu profesji w 2002 roku s. Placyda wspominała, że rodzina była ciężko doświadczona w czasie obu wojen światowych, a ich sytuacja materialna wówczas była bardzo trudna. Niemcy zabrali jednego z braci do przymusowej pracy do Niemiec, a drugiego do Krasnobrodu. Dwukrotnie rodzice przeżyli pożar całego domostwa i gospodarstwa, tracąc cały dobytek. Drugi pożar był około 1945 i strawił z trudem odbudowany budynek – połączony dom mieszkalny i pomieszczenia gospodarcze. Rodzina pozostała znowu z niczym, przeżywając straszną biedę, głód, zimno, brak ubrań.

Przyszła s. Placyda ochrzczona została następnego dnia po swych narodzinach, tj. 28 sierpnia 1929 roku w parafii we wsi Podklasztor. Oto wypis aktu urodzenia i chrztu z ksiąg metrykalnych parafii Krasnobród: Działo się to we wsi Podklasztor dnia dwudziestego ósmego sierpnia tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego roku, o godzinie dziewiątej rano. Stawił się Jan Kurzempa, lat czterdzieści dziewięć mający, rolnik we wsi Majdanie zamieszkały, w obecności: Tomasza Leśka, lat pięćdziesiąt i Ludwika Dubasa, lat czterdzieści cztery mających, obydwóch rolników we wsi Majdanie zamieszkałych i okazał Nam dziecię płci żeńskiej, urodzone we wsi Majdanie dnia dwudziestego siódmego sierpnia bieżącego roku, o godzinie ósmej rano, z jego małżonki Karoliny z Drabików, lat czterdzieści pięć mającej. Dziecięciu temu na chrzcie świętym, w dniu dzisiejszym przez księdza Antoniego Wójcikowskiego, proboszcza parafii tutejszej odbytym, nadane zostało imię Teresa…

A oto jak s. Placyda wspominała swój dom rodzinny: W domu, w pokoju wisiał duży obraz Matki Boskiej Jasnogórskiej, przed którym codziennie mama zapalała lampkę oliwną i rodzice razem się modlili. Dzieci się dołączały. W domu były książki religijne, m.in. żywoty świętych i czasopismo „Posłaniec Serca Jezusowego”. Tato wieczorem głośno czytał nam fragmenty z tych książek. Często zadawałam tatusiowi różne pytania, np.: Co to znaczy „Amen”? Gdzie jest Pan Bóg i gdzie można zobaczyć Pana Boga? Tatuś po pracy często siadał przed domem na ławeczce, ze splecionymi rękami – i zatapiał się w modlitwie. Dwie moje starsze siostry chciały pójść do zgromadzenia, ale jedna zmarła, a druga wyszła za mąż. Jeden z braci był ministrantem.

W takiej atmosferze wzrastała Teresa, przesiąkając duchem miłości. Nie miała możliwości uczęszczania do szkoły. Jedną z przyczyn – jak się domyślała – mogły być jej problemy ze wzrokiem. Czytać nauczyła się sama – na podstawie Litanii loretańskiej, którą znała na pamięć. Porównując litery, poznała alfabet. Całą jej edukacją były potem jej lektury: czytywała książeczkę o swojej patronce św. Teresie od Dzieciątka Jezus i różne żywoty świętych oraz „Naśladowanie Chrystusa”, które jej mama pożyczyła od sąsiadki.

Siostra Placyda bardzo lubiła modlić się swoimi słowami. Do Pierwszej Komunii świętej przygotowali ją rodzice. Z „Posłańca Serca Jezusowego” dowiedziała się o praktyce pierwszych piątków i pierwszych sobót miesiąca. Starała się wówczas przystępować do sakramentu pokuty i przyjmować Komunię świętą.

Sakrament bierzmowania przyjęła 2 lipca 1948 w Krasnobrodzie z rąk ówczesnego ordynariusza lubelskiego, ks. bp. Stefana Wyszyńskiego, u którego się też spowiadała. Zapamiętała i przytoczyła w jubileuszowych wspomnieniach (po pięćdziesięciu trzech latach!) fragment homilii o Duchu Świętym i Jego darach, w której to kaznodzieja, wyliczając te dary, zaproponował młodzieży, by każdy wybrał dla siebie szczególnie jeden dar. Wybrała wówczas dar pobożności i o to szczególnie się modliła. Przez całe życie zakonne siostry Placydy miałyśmy okazję doświadczać owocowania tego daru w jej sercu.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Teresa przyjęła sakrament dojrzałości chrześcijańskiej, w parafii odbywały się misje. Zapamiętała słowa kapłana o wielkości oddania się Bogu i wielkiej wartości dziewictwa dla Boga oraz czystości serca. Zapadło jej to głęboko w duszę i postanowiła oddać się Bogu. Gdy do parafii przyszły siostry bezhabitowe i powiedziała im o swoim pragnieniu, wskazały jej zgromadzenie w Laskach, gdyż przyjmowało również kandydatki z wadami wzroku. Napisała do Lasek i w odpowiedzi na ten list wskazano jej przyjazd do pobliskiego Żułowa. Był rok 1949. Przyjęta została tam przez s. Marię.



Do zgromadzenia s. Placyda została przyjęta 28 lipca 1950 roku. Postulat rozpoczęła 22 października tego samego roku, a do nowicjatu wstąpiła 14 sierpnia 1951. Pierwszą profesję złożyła 15 sierpnia 1952 roku, a profesję wieczystą 15 sierpnia 1958 roku.



W okresie postulatu i nowicjatu s. Placyda przeszła przez kilka działów pracy, podejmując różne obowiązki. Zapisała: Pierwszą pracą była obora, pod kierownictwem s. Ksawery. Pracę zaczynałam o czwartej. Siostra była dla mnie bardzo dobra i polegała na mojej pracy. Później byłam w  kuchni centralnej u boku s. Marii Magdaleny i s. Wiktorii. Obie siostry były dla mnie również bardzo dobre. Praca w kuchni kończyła się koło 22.00. Po nabożeństwach była kolacja i po niej zmywanie, szorowanie, wycieranie itd. W kuchni pracowało oprócz mnie parę sióstr postulantek.

Po profesji przez rok była w kuchni Domu św. Stanisława i pomagała s. Karolinie. Późnej kilka lat chorowała na serce. W tym czasie miała dyżury na furcie, a ponieważ nie było wielu rozmów telefonicznych czy spraw do załatwienia, czas wolny wykorzystywała na robótki na drutach – przygotowywała rękawiczki, szaliki, swetry dla sióstr. Od 1955 roku ponownie wróciła do kuchni centralnej, do obieralni, a potem do refektarza sióstr w Domu św. Franciszka, który wówczas był jedynym domem zakonnym w Laskach.

W roku 1960 s. Placyda, wskutek powikłań po grypie, zachorowała na płuca i musiała wyjechać na wielomiesięczne leczenie sanatoryjne: do Rudki, Rabki, a potem do Kowar (była tam kilkanaście miesięcy). Po powrocie w 1962 roku pracowała znowu w refektarzu Domu św. Franciszka do 1968 r. Później przez dwa lata opiekowała się chorą s. Teresą Landy.

Od 1970 roku pracowała jeszcze przez krótki czas kolejno w Domu św. Stanisława i św. Rafała, by znowu wrócić do refektarza Domu św. Franciszka, gdzie już nieprzerwanie służyła do 2014 roku. Choć z czasem w coraz mniejszym wymiarze, gdy i możliwości miała siostra coraz mniejsze. Łącznie s. Placyda dzieliła się z nami w refektarzu chlebem i sercem przez 54 lata! Na przestrzeni lat pomagały jej w tej służbie i współpracowały także inne siostry, najdłużej – jak wspominała s. Placyda – s. Antonia i s. Joachima. Przypomnijmy, że przez wiele lat, ze względu na liczebność wspólnoty, w Domu św. Franciszka były dwa obiady, a przygotowanie śniadań, bez nowoczesnych urządzeń ułatwiających pracę, wymagało wczesnego wstania każdego ranka. Wśród tych trudów s. Placyda promieniowała miłością, dobrocią, serdecznym zainteresowaniem i troską o każdą siostrę.

W jubileuszowych wspomnieniach zapisała: W tej pracy czułam i czuję się dobrze, kochałam i kocham wszystkie siostry, i wiem, że też jestem kochana. Służąc siostrom, służę Panu Jezusowi. Moją przewodnią myślą był wiersz śp. s. Amaty FSK, pt. „Modlitwa refektarki”, dedykowany siostrom pracującym w refektarzu. Przytoczę go tutaj:

Przyszłam do Ciebie, wielki Boże

By w Twoim Dziele uświęcić się

Daj mi więc łaskę swoją, o Boże

Bym zrozumiała, czym świętość jest.

Kiedy przychodzę do refektarza

By nakryć stoły do uczty Twej

Spraw, bym myślała wtedy o Tobie

Że Ty tu, Panie, posilasz się.

Każda ma siostra Ciebie przyjmuje

Z Tobą tu razem posila się

Spraw, bym myślami była przy Tobie

Na nie patrzyła jako na Cię.

Spraw więc, bym cicho zawsze chodziła

Cicho stawiała naczynia swe

Cicho zmywała, cicho mówiła

Bym nie zgubiła miłości Twej

Bo Twoja miłość w ciszy wciąż rośnie

Spraw, by wzrastała ofiarność ma

Bym zapomniała o sobie, Panie

O weź mnie, Panie, Twoją być chcę.

Taką siostrę pamiętamy i taka zostaje w naszych sercach. Za taką dziękujemy Bogu, że nas nią obdarował. Sama s. Placyda żyła wdzięcznością za swoje życie i powołanie, za bliskość Jezusa na co dzień. W ostatnich latach, kiedy już ubywało sił, a choroby nasilały się, siostra cały czas była zajęta modlitwą, nie wypuszczając różańca z rąk. Modliła się codziennie za Ojca Świętego, Kościół, za Dzieło Lasek, za Zgromadzenie, za Matkę i zawsze o nowe powołania, dopytując stale, czy są jakieś kandydatki i ile jest sióstr w postulacie, nowicjacie. Przyjmowała do tego różańca wszystkie intencje, które jej powierzały siostry, panie i krewni…

Od młodości przekonana była o potędze modlitwy. Gdy docierały do niej wiadomości o tym, co dzieje się w świecie, o ponoszącym się złu, zamieniała to w gorącą modlitwę, przepełniona pragnieniem ratowania dusz i przekonana – jak napisała w liście do m. Benedykty z 1957 roku, że modlitwa u Boga wszystko może wyjednać, jak jest połączona wielką miłością Boga i bliźniego; dla miłości nie ma nic trudnego. Doświadczałyśmy na co dzień tej miłości, która wypełniała serce Siostry, doznawałyśmy jej troski, zainteresowania, które nie miało zaspokoić jej ciekawości, ale które przemieniała w modlitewne wsparcie lub inną usługę, na miarę jej możliwości.

W Domu św. Rafała, do którego należała od 2014 roku, choć już w dużej mierze wyłączona z aktywnego życia, zawsze z prawdziwym zainteresowaniem dopytywała, co słychać w domu, w Laskach, jak Matka się czuje. Dopóki siły pozwalały, choć już na wózku, uczestniczyła w domowej kaplicy w codziennej Mszy świętej, wspólnych modlitwach, a najdłużej trwała na adoracji Najświętszego Sakramentu. Ostatni raz uczestniczyła we Mszy św. w domowej kaplicy na Wielkanoc tego roku. Z czasem przyjmowała już Pana Jezusa w Eucharystii tylko w swoim pokoju. Tęskniła za codzienną Komunią świętą. Przygotowywała się do niej.

Kiedy w ostatnich tygodniach nasilały się bóle całego ciała, s. Placyda wołała: „Jezu, Jezu mój, przyjdź i weź mnie do siebie”. Nawet przy czynnościach pielęgnacyjnych, modliła się: „Jezu, ufam Tobie” i „Pod Twoją obronę” czy do św. Michała Archanioła. Mimo dużego fizycznego cierpienia, kiedy uśmiechała się albo czasami nawet serdecznie śmiała się z jakiejś zabawnej sytuacji, miała piękną, pogodną twarz… Za każdą pomoc dziękowała – z serca i szczerze.

Podczas jubileuszu w 2002 roku s. Placyda zakończyła swoje wspomnienia słowami, które dziś stają się przesłaniem siostry dla nas i jednocześnie posumowaniem jej pięknego, prostego życia, w pełni oddanego Bogu:

Jestem bardzo szczęśliwa, że jestem w Zgromadzeniu, że jestem we wspólnocie z siostrami. Nie umiałabym żyć bez wspólnoty. Każda z nas przyszła dla Boga, żeby Jemu służyć i kroczyć drogą do Nieba. Pan Jezus chce, żebyśmy tę drogę przeszły wspólnie i wspólnie się uświęciły, i razem przez całą wieczność były w Niebie – wielbiły Boga w Trójcy Jedynego. Mnie od najmłodszych lat nurtowała myśl o wieczności, gdzie panuje Miłość; o wieczności, która jest czymś tak niepojętym w stosunku do doczesności. To kieruje moje myśli, modlitwę, pracę ku górze… Jestem najbardziej zaskoczona tym, że Pan Bóg obdarował mnie, tak słabą i nieudolną, i niegodną, powołaniem.

Dziękuję Bogu, Matce Założycielce, Siostrom Przełożonym i Siostrom, za to, że mogę być w tym Dziele, które jest z Boga i dla Boga. Dziękuję również za dar takiego rozumienia, żeby się nigdy nie zniechęcać swoją i innych słabością i żeby ciągle od nowa zaczynać z myślą, że Pan Jezus jest, widzi i kieruje wszystkim. Wszystko, co mam, jest od Boga. Mam wszystko przyjąć z ręki Opatrzności Bożej. Mam ciągle wszystko oddawać Bogu. Krzyż i to straszne cierpienie, to cena naszego zbawienia. Jeśli się nie zniechęcamy, to dojdziemy do Nieba. Pomocą jest tu dla mnie ciągle patrzenie na Krzyż…

W ostatnich dniach siostry z laskowskich domów modliły się przy siostrze Placydzie, a siostry z  Domu św. Rafała czuwały dniem i nocą. W niedzielę, 3 czerwca, w dniu Święta Dziękczynienia wieczorem o godz. 19.50 siostra otoczona modlitwą wspólnoty spokojnie odeszła do Niebieskiej Ojczyzny. Modlitwę podczas eksportacji ciała poprowadził ks. Waldemar Kluz o godz. 22.00.