„Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie”.

                                                                                             J 11, 25

„…Siostry… przez całe życie oddają cześć Bogu, aby Go kochać i wielbić kiedyś w niewypowiedzianym szczęściu”.                                                                                                                         Matka Elżbieta Czacka

 

s. Rut

Dnia 4 września 2017 roku odeszła do Pana

nasza Siostra

ŚP. SIOSTRA RUT

od Wierności Bożej

Barbara Wosiek

 Przeżywszy lat 85; życia zakonnego 53; profesji 51.

 

Msza św. pogrzebowa będzie sprawowana 7 września (czwartek) o godz.12:00 w kaplicy Matki Bożej Anielskiej w Laskach. Po Mszy św. odbędzie się pogrzeb na zakładowym cmentarzu.

 PANIE, PRZYJMIJ JĄ DO SWOJEJ ŚWIATŁOŚCI.

Siostra Rut – Barbara Teresa Wosiek urodziła się 18 września 1932 roku w Zbarażu na Ukrainie – kresowym miasteczku powiatowym Drugiej Rzeczpospolitej, liczącym kilka tysięcy mieszkańców (w większości Ukraińców i Żydów oraz stosunkowo  niewielkiej liczby Polaków). Znane było szerzej – jak siostra lubiła przypominać – głównie z „Trylogii” Sienkiewicza. Rodzice – Jadwiga z Turczaniewiczów (†1963) i Leon Wosiek (†1996) byli nauczycielami.

Siostra Rut bardzo cieszyła się powrotami po latach do miejsca urodzenia. W jubileuszowych wspomnieniach w 2016 roku pisała: Pamięć o Zbarażu pozostała mi na wiele lat tylko w urzędowych dokumentach i dowodzie osobistym (jako „miejsce urodzenia w ZSRR!”), no i w […] spotkaniach z ludźmi, którzy pamiętali. Dopiero w ostatnich latach XX wieku kolejne wydarzenia z wielkiej polityki – pozwoliły mi kilkakrotnie odwiedzić moje rodzinne miasto, już w niepodległej Ukrainie. Nie znalazłam żadnych śladów po naszym dawnym domu, a po kościele – zabezpieczone prowizorycznie ruiny. I znowu – niespodziewanie – właśnie w dniu moich 82. urodzin znalazłam się tam […] w ramach pielgrzymki TRIUNO szlakiem Matki Elżbiety Czackiej. W pielgrzymce mogła uczestniczyć także moja rodzona siostra i wspólnie znalazłyśmy się w tym samym kościele, odbudowanym już z dużym pietyzmem przez ojców bernardynów.

W tym to kościele pw. św. Antoniego z Padwy 15 października 1932 roku została ochrzczona. Ważnym wydarzeniem z pierwszego okresu życia, które wspominała po latach, były dla 3-letniej Basi urodziny w 1935 roku młodszej i jedynej siostry – Marii (znanej w Laskach jako Lilka) oraz śmierć dziadka Michała Turczaniewicza, który był inspektorem szkolnym i postacią dość znaną w tamtej okolicy, m.in. z otwartej postawy ekumenicznej.

Nadszedł rok 1939 – wybuch II wojny światowej. W wojennych warunkach Basia kontynuowała naukę w szkole, choć zmuszona była powtarzać pierwszą klasę, tym razem z językiem wykładowym ukraińskim.

Następne wydarzenia polityczne i „zmiana frontu” ZSRR zmusiły rodzinę Wosieków do lat wojennej tułaczki. Poprzedziło ją aresztowanie ojca, którego wyciągnął z więzienia były uczeń – enkawudysta… Gdy rozpoczęły się pierwsze wywózki na Sybir, rodzina czekała z przygotowanymi tobołkami. Zdążyli na szczęście w ostatniej chwili przenieść się na wieś pod Tarnopolem, gdzie rodzice dostali pracę w szkołach: ukraińskiej i polskiej. Wkrótce i tam zaczęło być niebezpiecznie z powodu ataków band mordujących rodziny polskie. Przed zbliżającym się frontem i powrotem „zwycięskiej” już wtedy armii sowieckiej w 1943 roku, udało im się uciec jednym z ostatnich pociągów (z tobołkami ubrań i pościeli) w głąb ówczesnego Generalnego Gubernatorstwa. Zatrzymali się u dalekiej rodziny w Nowym Sączu.

Tam – jak zapisała s. Rut – zaznałyśmy w pełni wojennego głodu i bezdomności, tatę Niemcy zabrali do kopania fortyfikacji w górach, mama próbowała handlować resztkami pościeli na ulicy, a my z siostrą także próbowałyśmy sprzedawać jakieś melony, zdobyte na podmiejskiej działce znajomych. W Nowym Sączu też przyjęła sakrament bierzmowania, w roku 1943 lub 1944 z rąk biskupa Mariana Fulmana, wkrótce po jego uwolnieniu. Jak to w czasie wojennej zawieruchy bywało – nie otrzymała żadnego pisemnego poświadczenia tego wydarzenia. Z kolei w styczniu 1945 roku przeżyła oblężenie miasta – z wysadzeniem zamku królewskiego i mostu na Dunajcu. Trzynastolatka zapamiętała z tych dni drastyczne obrazy stosów trupów na ulicach…

W tym czasie, na tajnych kompletach prowadzonych przez rodziców, Barbara kończyła szkołę powszechną, a po zakończeniu działań wojennych rozpoczęła naukę w gimnazjum. Już z promocją do klasy drugiej, wyjechała z rodziną do Łodzi, gdzie ojciec dostał pracę w urzędzie wojewódzkim (jako geograf). Mieszkali początkowo w pobliskim Ozorkowie, skąd dojeżdżała do nowego Gimnazjum im. Emilii Sczanieckiej. Potem w samej Łodzi, gdzie w 1950 roku zdała maturę. Wkrótce przeniosła się z rodzicami do Warszawy i zamieszkali na Muranowie, który świeżo odbudowano po wojennych zniszczeniach.

Wejście w dorosłość okazało się dla Barbary twardą szkołą życia i zburzyło jej plany na przyszłość. Pragnęła podjąć studia medyczne, jednak sytuacja polityczna w kraju i szczególnie nasilony w tym okresie reżim stalinowski, to uniemożliwił. Gdy dowiedziała się o istnieniu Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, pojechała do Lublina z zamiarem studiowania psychologii. Ale i wtedy nie skończyły się jej „przygody”. Władze prędko zlikwidowały na KUL-u psychologię i została, całkiem niespodziewanie, studentką filozofii. Dodatkowo musiała eksternistycznie uzupełnić maturę z łaciny, której nie miała w matematyczno-fizycznym liceum. Świadoma, że wielkiego filozofa z niej nie będzie – jak to sama krytycznie określiła – równolegle podjęła studia polonistyczne.

Czas kulowski zaowocował długą przyjaźnią z ks. Józefem Pastuszką, ówczesnym dziekanem. Zamieszkała w małej wspólnocie „domu akademickiego”, czyli w drewnianym, nie ogrzewanym domku letniskowym sióstr szarytek, w Krężnicy Jarej – i dojeżdża pociągiem do Lublina. Kapelanował tam ówczesny doktorant – ks. Ignacy Tokarczuk, a dom prowadziły „Ósemki”. Tam też spotkała „Mamę” Dembińską – kuratorkę domów akademickich na KUL, przyszłą s. Henrykę, franciszkankę, której obłóczyny były okazją do pierwszego przyjazdu do Lasek.

W 1954 roku otrzymała dyplom Wydziału Nauk Humanistycznych KUL pierwszego stopnia ze specjalnością bibliotekarską, a rok później – broniąc pracę o liryce Norwida – dyplom magistra filologii polskiej. Co zaskakujące, świeżo upieczona pani magister z KUL-u od razu dostała pracę w Państwowym Wydawnictwie Naukowym w Warszawie. Może dlatego, że rozpoczynał się właśnie w Polsce okres „odwilży” – wkrótce uwolniono ks. Prymasa i stopniowo przywracano zamknięte wcześniej pisma katolickie… Może zaś, dlatego że PWN był środowiskiem otwartym i trochę na specjalnych prawach. Młoda polonistka szybko odnalazła się w środowisku warszawskiej inteligencji: była jednym z „członków założycieli” Klubu Inteligencji Katolickiej, uczestniczyła przy wykluwaniu się kształtu miesięcznika „Więź”, wraz z grupą przyjaciół próbowała tworzyć teatr katolicki w podziemiach kościoła Wszystkich Świętych, zaś pierwsze przedstawienia wystawiali w kościele św. Marcina. Z KIK-iem spotykali się w Laskach i w Izabelinie – u s. Teresy Landy i ks. Alego Fedorowicza. Poznała s. Marię Gołębiowską, s. Katarzynę Steinberg, ks. Stanisława Kluza, p. Antoniego Marylskiego. W ten sposób wchodziła powoli także w środowisko Lasek.

Całe swoje życie, ale w szczególności pracę w PWN-ie, s. Rut odczytała jako Boże prowadzenie i przygotowanie do tego, co ją czeka w przyszłości, swoiste „przyśpieszone przygotowanie zawodowe”.

W wydawnictwie podjęto niełatwą inicjatywę opracowania pierwszej po wojnie Wielkiej Encyklopedii Powszechnej. Została wysłana na praktykę do znanego francuskiego wydawcy „Larousse’a”. Po powrocie na młodą „starszą redaktorkę” spadła odpowiedzialność za cały dział literatury powszechnej w tej trzynastotomowej encyklopedii. Często brakowało opracowań i nie było specjalistów, więc potrzebne teksty przygotowywała sama, stając się specjalistką od najbardziej egzotycznych literatur. Wszelkie zaś „wpadki” niosły ze sobą konsekwencje – polityczne i… finansowe. Czasy to były ciekawe. Z właściwym sobie humorem s. Rut wspomina z tego okresu, że po trosze z konieczności, a po trosze z ciekawości uzupełniła kulowskie wykształcenie filozoficzne przez zaliczenie dwuletniego „Uniwersytetu Marksizmu-Leninizmu” przy Komitecie Wojewódzkim PZPR. Fakt ten po latach został podkreślony w nocie biograficznej pióra o. Joachima Bara, który zachwycił się, że jest w Polsce zakonnica z takim dyplomem.

Laski przewijały się wciąż w życiu Barbary. To w Klasztorze na Piwnej, należącym wtedy do Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego – kończyła kurs dla redaktorów i przez okna miała okazję oglądać pozostawione w kompletnej ruinie wnętrze kościoła – po pokazowej odbudowie fasady. Jednak nie myślała o wstąpieniu…

Nie mogła zresztą nawet brać tego pod uwagę, ze względu na wieloletnią ciężką chorobę mamy. Jadwiga Wosiek zmarła w czerwcu 1963 roku i na propozycję s. Henryki oraz Antoniego Marylskiego pochowana została na zakładowym cmentarzu w Laskach. Odtąd przyjazdy Barbary stały się jeszcze częstsze i nurtować ją zaczęły myśli o zgromadzeniu. Gdy jednak podzieliła się nimi ze swoim spowiednikiem, o. Tadeuszem Fedorowiczem, stanowczo zaprotestował, wyjaśniając, że ma całkiem inne rzeczy do zrobienia. Decyzja została odroczona, ale Bóg wzywał… W listopadzie 1963 roku wiedziała już, że jej drogą jest życie zakonne i Laski. Tym razem o. Tadeusz pobłogosławił decyzję. Barbara miała 31 lat, kwestia przyjęcia jej do zgromadzenia musiała więc przejść przez Radę, a w pracy czekał ją jeszcze okres 3-miesięcznego wymówienia.

–––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––————————————————————

Do Lasek przyjechała 1 lutego 1964 r.

11 lutego została przyjęta do postulatu, nowicjat rozpoczęła 5 stycznia 1965 roku.

Pierwszą profesję (6 stycznia 1966) i profesję wieczystą (6 stycznia 1972) złożyła w kościele św. Marcina.

––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––——————————————————————––––

W postulacie jej kierowniczką była s. Maria, mistrzynią nowicjatu – s. Alma. Nowicjat trwał jeden rok, śluby siostry składy trzy razy w roku: w styczniu, w lutym i w sierpniu. Siostra Rut wstąpiła do nowicjatu z s. Krzysztofą; dołączyły do grupy przyjętej w sierpniu: s. Terezja, s. Mirosława, s. Elia i s. Maria Wanda. Do nich doszły jeszcze: s. Edyta i s. Maria Jolanta.

Całe swoje życie zakonne s. Rut była w Laskach lub na Piwnej. Pierwszą wspólnotą był Dom św. Franciszka i praca w dziale brajla u s. Moniki Bohdanowicz. Wkrótce jednak okazało się, że dla zgromadzenia przydatny będzie jej staż redaktorski. Gdy choroba uniemożliwiła s. Teresie dokończenie książki o Ojcu Korniłowiczu, s. Rut otrzymała zadanie (była to także decyzja osobista ks. Prymasa) napisania jej od początku, w oparciu o notatki i wspomnienia s. Teresy. Siostra Rut określiła to jako: nagłe „wrzucenie” mnie do samych korzeni Lasek, które kochałam, ale o których nie miałam pojęcia.

Było to jednocześnie swoiste otwarcie długiego etapu życia s. Rut, wypełnionego pracą twórczą, opracowywaniem – często po nocach – tekstów o Laskach, o zgromadzeniu, o ludziach, o historii.

Mniej więcej jeden roku (1969/1970) pracowała w internacie chłopców, ale po upadku, w którym uszkodziła kręgosłup, nie była w stanie wrócić ani do tych obowiązków, ani tym bardziej do biblioteki. Skierowana została wówczas na studia na ATK, które ukończyła z dyplomem magistra teologii w 1973 roku. Swoją wiedzą służyła potem przez wiele lat, prowadząc lekcje w postulatach i nowicjatach, także poza Laskami i Piwną (np. dojeżdżała z wykładami do nowicjatu ojców augustianów w Łomiankach, gdy zakon odradzał się w Polsce; przy okazji różnych spotkań międzyzakonnych i na spotkania Przełożonych Wyższych na Jasnej Górze).

Przez 46 lat uczestniczyła w spotkaniach sióstr zajmujących się historią zgromadzeń. Zaczynała jeszcze ze śp. s. Vianneyą Szachno, w ostatnich latach często zmieniały się jej towarzyszki z naszej wspólnoty, a s. Rut była niezmiennym filarem tych spotkań i niosła w sobie historię…

W Zgromadzeniu uczestniczyła w kolejnych kapitułach generalnych, jakie w tym czasie się odbywały, na ogół też współredagowała ich dokumenty, w tym także posoborowe Konstytucje. Była  przełożoną laskowskich domów zakonnych: św. Rafała, Matki Boskiej Jasnogórskiej, św. Franciszka. Przez sześć lat, od 1980 była odpowiedzialna za Bibliotekę Wiedzy Religijnej. Tak się złożyło, że prawie cały ten czas przypadł na stan wojenny, głównie więc pilnowała całości magazynów i lokalu zajętego przez Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności.

Siostra Rut brała udział w pracach dwóch Komisji Episkopatu Polski (Realizacji Uchwał Soborowych – pod przewodnictwem Biskupa Bohdana Bejzego i Charytatywnej – pod przew. Biskupa Czesława Domina). Na pierwszych etapach procesu beatyfikacyjnego Ojca Korniłowicza przygotowywała materiały (wspólnie jeszcze z ówczesnym sekretarzem ks. Prymasa – ks. Józefem Glempem, a pod kierunkiem o. Jerzego Mrówczyńskiego). Na prośbę bp. Bohdana Bejze współpracowała ponadto przy wydawaniu drukiem tekstów, których nigdy nie przepuściłaby peerelowska cenzura, ukrytych w zbiorowych, wielotomowych seriach książkowych: W nurcie zagadnień posoborowych oraz Chrześcijanach.

Od 1990 roku, po nagłej śmierci s. Vianneyi aż do roku 2010, do licznych zadań s. Rut doszła odpowiedzialność za archiwum zgromadzenia, wraz z fizycznym przeniesieniem go z Piwnej na II piętro Domu św. Rafała. Pracowała już wtedy na etacie w Związku Niewidomych i przejmowała od ks. Michała Janochy redakcję miesięcznika Duszpasterstwa Niewidomych „CREDO”, który ostatecznie redagowała przez prawie 10 lat. Była członkiem Zarządu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi i wikarią generalną (1995-2001).

Jako archiwistka siostra często korzystała ze zgromadzonych materiałów w przeróżnych publikacjach i opracowaniach, a także udostępniała je innym w miarę potrzeby lub konieczności, mając „inwentarz” oraz „bazę danych” we własnej głowie. Przez wszystkie te lata spisywała ponadto kronikę zgromadzenia i zbierała materiały do Karty z Życia Zgromadzenia, stanowiąc jej jednoosobową „Redakcję”. Wydała 405 numerów Karty i napisała około 140 nekrologów. Odczytywała jako łaskę możność poznania, bezpośrednio po ich odejściu do Domu Ojca, sióstr, które po tej stronie nieraz mało i powierzchownie znałam, a teraz mogłam jakoś to dopełnić i przyczynić się do zachowania tego „śladu”’, który każda z nich przecież pozostawiła w tej naszej stuletniej Historii.

Podejmowała siostra te wszystkie prace nie zważając na swój wiek, na coraz słabsze siły. Dzielnie podejmowała też wyzwania i nie lękała się nowych technologii (jak zmieniające się programy komputerowe i współczesne środki komunikacji), choć kosztowało ją to coraz więcej czasu.

Odejście s. Rut od Wierności Bożej poprzedził miesiąc intensywnej pracy nad nekrologami trzech sióstr, dwoma numerami Karty (za lipiec i sierpień) i codzienne życie w wierności modlitwie oraz obowiązkom we wspólnocie.

Taki był i poniedziałek, 4 września, dzień, który Jezus zaplanował na spotkanie z Siostrą Twarzą w twarz. W nocy poczuła się gorzej – odczuwała silny ból w plecach i poprosiła o pomoc dyżurującą pielęgniarkę (podobny incydent miała już dwa miesiące wcześniej). Rano podczas porannej Mszy świętej w domowej kaplicy czytała jak zwykle czytanie. Potem była na śniadaniu, po którym, jak zawsze porządkowała stoły. Przed obiadem zgłosiła, że nie przyjdzie do refektarza, bo ból wraca. Otrzymała więc dożylnie lek przeciwbólowy i wzmacniającą kroplówkę, w czasie której „tłumaczyła się”, że zgłosiła to tak dla porządku, żeby nie zrobić jakiegoś większego kłopotu i że to pewnie od kręgosłupa i na pewno minie, tak jak w lipcu… A mierzone parametry serca (zarówno w nocy, jak i w dzień były prawidłowe). Podzieliła się, że zamierza teraz zająć się kroniką Zgromadzenia, skoro „sobie poleguje”, korzystając z przyłóżkowego stolika… Obiecała też zadzwonić, gdy kroplówka się skończy…

Zmarła w swoim pokoju ok. godz. 16:30. Wyglądało na to, że najspokojniej zasnęła, z pogodną twarzą, bez oznak cierpienia, bez „znaków” szukania pomocy…

Tego samego dnia o godz. 19:30 odbyła się eksportacja, podczas której byli obecni i modlili się za śp. S. Rut nasi zakładowi księża, siostry, p. Lilka oraz przyjaciele: pp. Ziołkowscy, pp. Gołąbowie, p. Teresa Cwalina, p. Urszula Weber-Kusch.

***

Ksiądz Kazimierz następnego dnia pięknie powiedział o tej śmierć, która tak bardzo nas zaskoczyła, stwierdzając, że w suplikacjach modlimy się „od nagłej a niespodziewanej śmierci wybaw nas, Panie”, ale dotyczy to osób, które są nieprzygotowane, które są dalekie od Boga, a s. Rut była blisko Boga, wierna modlitwie i obowiązkom…

Siostry ze wspólnoty wspominają tę wierność s. Rut na co dzień: tak traktowała swój dyżur w refektarzu: pomagała przy zbieraniu ze stołów, segregowała chleb i resztki jedzenia. Wycierała naczynia i roznosiła – robiła wszystko, co było w danym momencie potrzebne. W kaplicy jej stałym dyżurem było czytanie podczas Mszy św.

Po Mszy św. zawsze odwoziła z kaplicy s. Michałę do refektarza, a później do pokoju. W refektarzu często najpierw znosiła brudne naczynia, aby było co zmywać, a dopiero potem siadała do stołu, żeby zjeść śniadanie.

Ubóstwo realizowała wiernie, przyjmując warunki i okoliczności dane przez Boga. Kiedy musiała wyjechać do Warszawy, zazwyczaj nie chciała robić kłopotu i nie prosiła o podwiezienie jej samochodem. Z wielką prostotą, wdzięcznością i pokorą przyjmowała każdą pomoc… Umiała się cieszyć i być wdzięczną…

Zawsze pamiętała, by w dniu obchodów imienin sióstr lub przy innych okazjach ważnych dla Domu czy Zgromadzenia, mieć przy sobie aparat fotograficzny i uwiecznić te wydarzenia.

 

Życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy. I gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie… Prosimy Cię, Panie, zmiłuj się w swojej ojcowskiej dobroci nad duszą Twojej służebnicy s. Rut, i wyzwolonej od skażenia śmierci przywróć udział w wiecznym zbawieniu. Amen.