Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie.
J 11, 25
W piątek, 19 grudnia 2025 roku, odeszła do Pana
ŚP. SIOSTRA M. ANGELA
od Ukrzyżowanego Pana Jezusa
Danuta Piór
w 91. roku życia, 67. roku powołania,
63. roku profesji zakonnej
Msza święta pogrzebowa będzie sprawowana w kaplicy Matki Boskiej Anielskiej w Laskach w poniedziałek, 22 grudnia, o godz. 14:00. Po Eucharystii pogrzeb na miejscowym cmentarzu.
PANIE, PRZYJMIJ JĄ DO SWOJEJ ŚWIATŁOŚCI.
Siostry […] duszą i ciałem, modlitwą i pracą przez cały ciąg życia oddają cześć Bogu, by Go kochać i wielbić kiedyś w nieskończonym i niewypowiedzianym szczęściu.
bł. Matka Elżbieta Czacka
Siostra Angela – Danuta Piór urodziła się 12 czerwca 1934 roku w Chłaniowie, w powiecie krasnostawskim (województwo lubelskie). Była najstarszą z siedmiorga dzieci Karoliny z domu Król i Alfonsa Piór. Miała dwóch braci i trzy siostry, najmłodsza zmarła w dzieciństwie, przeżywszy zaledwie trzy lata. Sakrament chrztu Danuta przyjęła w parafii w Chłaniowie, 23 czerwca 1946 roku, a rok później w tym samym kościele otrzymała sakrament bierzmowania.
Siostra Angela wspominała, że mama zajmowała się wychowaniem dzieci, natomiast ojciec pracował jako nauczyciel. Otrzymywał przydziały pracy w różnych miejscowościach, dlatego też rodzina często się przemieszczała. W 1938 roku wyjechali do Poznania, skąd już w 1939 roku, po wybuchu II wojny światowej, zostali wysiedleni do Radomska. W 1944 roku Danuta powróciła do Chłaniowa, gdzie przez sześć lat uczęszczała do szkoły podstawowej. Natomiast w 1950 roku wyjechała do Mielca. Tam również ukończyła siódmą klasę ogólnokształcącej szkoły podstawowej dla pracujących. Trudna sytuacja rodzinna uniemożliwiła jej dalszą edukację. Jako najstarsza z rodzeństwa szybko musiała dorosnąć, gdy w 1945 roku, już po II wojnie światowej, ojciec zaginął bez wieści. Mama podjęła wtedy pracę zarobkową, a starsze rodzeństwo zajmowało się młodszym. Wkrótce, aby pomóc mamie w utrzymaniu rodziny, uczęszczająca do siódmej klasy Danuta podjęła pracę salowej w szpitalu. Miała wówczas szesnaście lat.
Z domu rodzinnego s. Angela wyniosła głęboką wiarę, a swojej mamie zawdzięczała umiłowanie porządku, dbanie o schludny, elegancki wygląd, od niej też uczyła się pokornej, cichej służby. Wydaje się, że również pod wpływem mamy s. Angela była uważna na drobiazgi, które mogłyby umilić innym dzień: bukieciki kwiatów, ozdabianie stołu i podawanych dań, zamiłowanie do pięknych przedmiotów. Siostra z wdzięcznością wspominała mamę i jej nauki przekazane w dzieciństwie:
Odkąd pamiętam, mama starała się uczestniczyć w codziennej Mszy świętej. Była pokorna, cicha i pracowita. Bardzo często nam powtarzała, że my, szczególnie dziewczęta, musimy być czyste, porządne, by dobrze dbać o swoje rodziny, które założymy. Gdy nie mieliśmy ubrania na zmianę, mama wieczorami je prała, byśmy rano byli w czystych ubraniach. Mówiła nam często: praca powinna być jak modlitwa, by się Panu Bogu podobała – nie byle jak – i dawała temu świadectwo swym życiem.
Podczas pobytu w Mielcu Danuta uczestniczyła codziennie we Mszy świętej i już wtedy rodziło się w niej pragnienie życia zakonnego. Ze względu na trudną sytuację materialną rodziny, milczała jednak… W dalszym ciągu starała się wesprzeć mamę i rodzeństwo pracując w różnych zawodach. Przez trzy lata była kelnerką, ponieważ jednak to zajęcie jej nie odpowiadało, zatrudniła się jako sprzedawczyni w sklepie cukierniczym, gdzie pracowała do 1955 roku. Przez następne trzy lata była bufetową w Państwowej Spółdzielni Spożywców. Wiosną 1958 roku ukończyła w Kętrzynie 3-miesięczny kurs kucharski, który dał jej kwalifikacje „młodszego kucharza”.
Kiedy wreszcie bracia mogli pomóc rodzinie, gdyż się usamodzielnili i podjęli prace zawodowe, Danuta odważyła się powiedzieć mamie o swym wielkim pragnieniu służby Panu Jezusowi, a także o obawach, że przez odwlekanie w czasie decyzji, a co za tym idzie, zbyt zaawansowany wiek, może jej uniemożliwić realizację powołania. Gdy po naleganiach i tłumaczeniach matka wreszcie uległa, Danuta stanęła przed problemem wyboru zgromadzenia. Żadnego nie znała. Zdecydowała się oddać tę sprawę Matce Bożej i z taką intencją w 1956 roku pojechała na Jasną Górę, gdzie właśnie rozpoczynały się wielkie obchody milenijne. Powracała do domu ze spokojnym sercem i przekonaniem, że Bóg wskaże jej właściwe miejsce. Wkrótce potem w kościele natrafiła na pismo katolickie, w którym przeczytała o Matce Czackiej i Dziele Lasek. Po lekturze było dla niej jasne, że to właśnie tam wzywa ją Bóg.
Była w kontakcie korespondencyjnym z m. Benedyktą Woyczyńską od sierpnia 1957 roku i uzgadniała kwestie dotyczące wstąpienia do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Po zakończeniu spraw związanych z pracą 27 listopada 1958 roku przyjechała do Warszawy – od razu z wszystkimi rzeczami. Miała wówczas dwadzieścia pięć lat. Początek aspiratu spędziła w Klasztorze na Piwnej, a 27 stycznia 1959 roku przyjechała do Lasek.
Postulat rozpoczęła 22 lutego 1959 roku. Do nowicjatu została przyjęta 11 lutego 1961 roku. Rok później, także 11 lutego, złożyła pierwszą profesję, a śluby wieczyste – 11 lutego 1968 roku.
Welonik otrzymała postulancki z rąk s. Teresy Landy. W okresie postulatu pracowała głównie jako pomoc wychowawcza w internacie dziewcząt. Na czas nowicjatu powróciła do Klasztoru. Był to pionierski okres odbudowy kościoła św. Marcina pod kierunkiem i według projektu s. Almy Skrzydlewskiej.
Zdarzało się wówczas – wspominała s. Angela – że podczas Mszy świętej nad naszymi głowami latały gołębie. Bałyśmy się, by nie zabrudziły ołtarza. Ołtarz do liturgii był często przenoszony do różnych części kościoła. […] szopki i groby Pańskie [także] były umieszczane w różnych miejscach, w zależności od etapu remontu.
Nowicjuszki stanowiły trzon ekipy sprzątającej. Dla s. Angeli początki życia w Zgromadzeniu były dużym przeżyciem. Wspominała „sokole oko” i wymagania porządku s. Bonawentury Statkowskiej, ówczesnej mistrzyni nowicjatu i przełożonej Klasztoru:
Wydawała mi się czasem jak prorok w czynieniu uwag. […] Pan Bóg dał mi jednak łaskę, że nic mnie nie zrażało i z wytrwałością coraz bardziej chciałam być dla Niego.
Po pierwszej profesji s. Angela pozostała w Klasztorze jako zakrystianka w kościele św. Marcina. Wtedy też pod okiem s. Almy uczyła się ubierać kościół kwiatami. Polubiła przygotowywanie kwiatowych dekoracji i do końca życia z radością obdarowywała bliskie osoby małymi lub większymi bukietami. Nawet niedługo przed śmiercią przygotowała ostatni bukiecik dla p. Basi, opiekunki chorych w Domu św. Rafała. Jednak w latach sześćdziesiątych dekorowanie kościoła wiązało się z niemałym wysiłkiem, tym bardziej dla tak filigranowej osoby jak s. Angela:
Jeździłam wówczas po kwiaty sama, autobusem – wspominała. – Najgorzej było, gdy miałam przywieźć mieczyki, które czasem były równe ze mną. Pamiętam pasję, z jaką jeździłam też na działki do znajomych osób, które nam ofiarowywały kwiaty – np. peonie, ostróżki, łubiny i rumianki. Bardzo lubiłam tę pracę. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek była zmęczona.
Lubiła też s. Angela w ogólności pracę w zakrystii, więc z niemałym żalem po czterech latach przechodziła do Lasek, do pomocy w przedszkolu, gdzie była przez kolejne cztery lata (1966-1970). Dobrze wspominała ten czas pracy pod kierunkiem s. Germany Murawskiej, od której uczyła się codziennej wierności w modlitwie, dobroci i mądrości. Bardzo lubiła dzieci, dlatego i ten dział żal jej było opuszczać, mimo że powracała do zakrystii w kościele św. Marcina (na kolejne kilka lat). Pozostając w Klasztorze pełniła następnie funkcję zaopatrzeniowca, co w tamtych czasach kryzysu w Polsce nie było łatwe. Do wykarmienia była spora gromadka, a po zakupy trzeba było chodzić pieszo do pobliskich sklepów, odstać swoje w kolejkach, a wreszcie przynieść towar do domu. Siostra wspominała żarty przechodniów:
Ludzie na ulicy, widząc mnie z torbami idącą po chodniku drobnymi i szybkimi kroczkami, mówili żartobliwie: „O, nasz mały fiacik idzie! Wolniej, wolniej, bo serduszko wysiądzie”.
W klasztorze s. Angela towarzyszyła również przez kilka lat niewidomym mieszkankom II piętra oraz odwiedzała niewidomych w mieście, m.in. nosiła obiady p. Irenie Gmurowskiej.
W 1983 roku została przeniesiona na rok do Domu w Rabce, do pomocy w tamtejszym przedszkolu, a następnie powróciła do Lasek, do pracy w grupie najmłodszych dziewczynek. Pomagała tam trzy lata (1984-1987), po czym została oddelegowana na administratorkę Domu Dziewcząt. W zakres siostry obowiązków wchodziły: troska o kaplicę, ogród przed domem, sprzątanie, w tym generalne przygotowanie internatu po wakacjach, koordynacja prac wolontariuszy, jadalnia pracowników, obsługa gości oraz wszelkie inne „drobiazgi” związane z funkcjonowaniem domu. To była najdłuższa praca s. Angeli w jednym dziale (17 lat) i najdłuższy pobyt w jednej wspólnocie (łącznie 20 lat).
W 2005 roku siostra po latach znowu wróciła do Klasztoru Matki Boskiej Pocieszenia, tym razem do pracy w refektarzu. Posługiwała tam ofiarnie i z radością przez 15 lat (2004-2019) i nawet gdy wiek i choroby ograniczały siostry możliwości, niezbyt chętnie wycofywała się czy zwalniała z pracy. Świadectwem o tym okresie posługi s. Angeli podzieliła się s. Ludmiła:
Zawsze uśmiechnięta, zatroskana o wszystkich, szczególnie o nas siostry, by nam nic nie brakowało. Była bystrym obserwatorem, umiała dostrzec nasze upodobania, co komu zostawić, która z nas czym się ucieszy, a także wyczuwała nasze nastoje wiedziała, kiedy lepiej o nic nie pytać, kiedy dodać otuchy lub zwyczajnie po siostrzanemu porozmawiać.
Zawsze, gdy przychodziłam na spóźniony posiłek, zatrzymywała się, pytała, jeśli wracałam od niewidomych, interesowała się ich życiem i sprawami, w trudnych doświadczeniach wspierała modlitwą, dobrym słowem i choćby małym kwiatkiem przyniesionym z ogrodu. Cieszyła się wszystkim, każdym drobiazgiem, dobrym gestem, pięknym wydarzeniem… Siostra Angela, kochała życie, niewidomych, piękno i wszystko prowadziło ją do Pana Jezusa. Po przejściu do wspólnoty w Laskach, była wierna siostrzanej przyjaźni pamiętała w modlitwie, małych drobiazgach i dobrym słowie. Bogu niech będą dzięki za życie i służbę s. Angeli.
Do swojej ostatniej wspólnoty, tj. Domu św. Rafała w Laskach, s. Angela przeszła początkowo tylko na rehabilitację po zabiegach okulistycznych. Zbiegło się to z wybuchem pandemii i coraz mniejszymi możliwościami fizycznymi siostry, przez co ostatecznie pozostała już w tym domu. Należała do wspólnoty sześć lat.
Ostatni etap długiego życia s. Angeli we Wspólnocie Domu św. Rafała – napisała jej ostatnia przełożona, s. Ida – był taki, jak całe Jej życie – służbą drugiemu człowiekowi na miarę swoich słabych już sił. Siostra Angela aktywnie uczestniczyła w życiu wspólnoty pomagając w refektarzu, robiąc bukieciki dla każdej solenizantki na imieniny, pamiętała o wszystkich siostrach, pracownikach i niewidomych mając z nimi bliskie kontakty. Zawsze wspierająca dobrym, ciepłym słowem. Do ostatniego tygodnia uczestniczyła we wspólnych modlitwach, posiłkach, spotkaniach wspólnoty.
Od momentu diagnozy choroby nowotworowej, tj. od połowy listopada, stan s. Angeli bardzo szybko się pogarszał. Ze względu na ogólną złą kondycję zdrowotną siostry, podjęta została decyzja o pozostaniu w domu i opiece paliatywnej. Siostra nie zgłaszała bólu, tylko coraz większą słabość.
Ostatni raz – pisze dalej s. Ida – s. Angela była z siostrami w refektarzu 9 grudnia. Po obiedzie odwieziona została już na wózku. Od tego czasu pozostawała w pokoju, leżąc w łóżku. Pomimo swej choroby i słabego samopoczucia, siostra nadal brała udział w życiu wspólnoty, modlitwach […]. W miarę upływu dni, siostra coraz więcej spała, coraz mniej mówiła. 12 grudnia pozwoliła nagrać krótki film wideo, w którym zapewniła swoją rodzoną siostrę, p. Krysię, o tym, że ją bardzo kocha.
W sobotę 13 grudnia odwiedził siostrę ks. Grzegorz Ostrowski, udzielając sakramentu spowiedzi i namaszczenia chorych. Ostatnie trzy dni, s. Przełożona i siostry ze wspólnoty otaczały szczególną modlitwą s. Angelę czuwając przy jej łóżku. Bardzo licznie przychodziły siostry z innych domów laskowskich i z Piwnej. Do ostatniego dnia siostra przyjmowała Komunię świętą, udzielaną przez s. Idę. Rankiem 18 grudnia odwiedził siostrę ks. Kazimierz Olszewski i ponownie ks. Grzegorz udzielając absolucji i błogosławieństwa.
Agonia rozpoczęła się około 2 w nocy. Powiadomione s. Przełożona, s. Katarzyna czuwały przy siostrze, dołączyły do nich s. Maristella i s. Hanna. Siostra spokojnie zmarła 19 grudnia, o 4:00 nad ranem.
Na zakończenie wypada jeszcze raz oddać głos samej s. Angeli, która jubileuszowe wspomnienia w 2012 roku zakończyła podziękowaniem, świadectwem i przesłaniem:
Pragnę serdecznie podziękować Panu Bogu za łaskę powołania i gotowości pracy w każdym dziale. Nigdy mi nie było za trudno. Powtarzam sobie często dla Kogo, po co i dlaczego to wszystko robię. Panu Bogu zawdzięczam świadomość, że przyszłam dla Niego. Gdybym miała dokonać wyboru ponownie, uczyniłabym to samo. Jestem szczęśliwa i Panu Bogu dziękuję za dar codziennej bliskości z Nim.
[…] Na zakończenie pragnę podzielić się z Siostrami myślą, która mi od dłuższego czasu towarzyszy w życiu: „Wykorzystaj dzień dzisiejszy, gdyż on już nie powróci. Wszystkie twoje myśli, modlitwy i czyny dnia dzisiejszego odnajdziesz w wieczności. Dbaj więc o to, aby każdy dzień wypełniony był miłością, wiarą i modlitwą”.Wierzymy, że s. Angela już w wieczności odnalazła owoce tej miłości, którą zasiała wśród nas, na ziemi, i cieszy się bliskością swojego Oblubieńca i Jego Matki, Królowej Aniołów, której imię nosiła.



