I oto, ten świadomie podjęty program zaczął się realizować w jej życiu bardzo prędko, pozornie bez jej udziału, ale – jak znowu świadczą o tym jej notatki – z pełnym przyzwoleniem, którego wyrazem była z kolei przyjęta w dniu pierwszej profesji tajemnica Zwiastowania.

***

W ostatnich dniach kilkakrotnie słyszałam pytanie o Wiersze i ich autorkę – Siostrę Nullę – franciszkankę służebnicę Krzyża – Lucynę Westwalewicz… W różnych częściach Polski, różne osoby pytały, cytowały… Bo wiersze te stawały na ich drodze budzenia do wiary, odkrywania powołania, ukazywały sens i ciągle są towarzyszami drogi…

Zaczęłam zastanawiać się w czym tkwi fenomen tych wierszy, które przez lata wszędzie można było spotkać, przedrukowywane lub cytowane w najróżniejszych miejscach: na prymicyjnych obrazkach i okolicznościowych folderach, na łamach czasopism katolickich.

Przez samą Autorkę nie były przeznaczone do druku, a już za jej życia krążyły, nie tylko po Laskach – przepisywane ręcznie i na maszynie, na luźnych kartkach i w zeszycikach. Sama s. Nulla na pewno roześmiałaby się szczerze, gdyby ją ktoś nazwał poetką, bo obca jej była ambicja poetycka.

Warto wspomnieć, że pierwsze wydanie ukazało się pod tytułem „Wiersze” wkrótce po śmierci Autorki już w 1946 i 1947 roku staraniem wydawnictwa WERBUM. Kolejne wydanie miało miejsce w Brazylii w 1963 r. pod zmienionym tytułem „Sygnały”. Stało się to dzięki staraniom rodziny i przyjaciół, jednak zbiór został skonfiskowany na granicy jako towar szczególnie niebezpieczny (!)

Z nielicznych, przemyconych egzemplarzy – kopiowano ręcznie, potem na powielaczach, wreszcie na bardziej nowoczesnych kopiarkach i w ten sposób tomiki rozchodziły się poza oficjalną sprzedażą i stale z niej znikały w ciągu kilku dni. Szczęśliwie omijały państwową cenzurę robiąc wrażenie, że to ciągle to samo wydanie. Nikt nie znał wysokości kolejnych nakładów, a ostatni jest wydany jako „szósty”.

***

Siostra Nulla od Zwiastowania była franciszkanką Służebnicą Krzyża przez 9 lat. Zmarła w wieku 34 lat. Wiersze zaczęła pisać na dwa lata przed śmiercią i funkcjonują one i „żyją” jakby samodzielnym życiem już prawie 80 lat. Jest w tym coś niebywałego…

Przeżyły ją nadspodziewanie długo, i jeśli okazują się wciąż tak samo aktualne i poszukiwane, to zawdzięczają to nie długości i doświadczeniu życiowemu Autorki, także nie talentowi poetyckiemu, ale – chyba intensywności, tej szybkiej i doskonale całkowitej, a nawet radosnej ofiary.

Pełniejsze odczytanie wierszy s. Nulli pomaga pamięć o czasie ich powstawania, czyli ostatnie miesiące życia i cierpienia Autorki, ale także wspomnienie niełatwych lat wcześniejszych, które były przygotowaniem do takiego właśnie podjęcia krzyża na ostatnim etapie życia.

***

Urodziła się 1911 roku w Warszawie jako córka Tadeusza i Zofii z Rutkowskich. Rodzice pochodzili ze środowisk robotniczych, wyraźnie lewicowych. Wybuch I wojny światowej i wstąpienie ojca do Legionów rozpoczęły dla rodziny, liczącej sześcioro dzieci trudny okres. Po wojnie rodzice rozeszli się, co nie zmieniło sytuacji na lepsze. Lucyna wraz z siostrami, wychowywała się w internatach, u urszulanek i nazaretanek. Po gimnazjum rozpoczęła studia na romanistyce i filologii klasycznej Uniwersytetu Stefana Batorego.

Dla młodej, wrażliwej dziewczyny, głęboko przeżywającej rozbicie własnego domu rodzinnego, szkoła nazaretanek pozostała na zawsze wspomnieniem zastępującym dom rodzinny. Często zajeżdżała do krakowskiego „Nazaretu”, spędzając długie godziny na rozmowach z siostrami, dawnymi wychowawczyniami z Wilna. Do nazaretanek wstąpiła jej starsza siostra Julia (imię zakonne s. Benigna).

W czasie studiów angażowała się bardzo w życie społeczne i religijne środowiska akademickiego, na którego terenie ścierały się w tym czasie różne wpływy ideowe.

W marcu 1933 roku wyjechała na pierwsze w życiu rekolekcje zamknięte do Czarnego Boru pod Wilnem, prowadzone przez duszpasterza młodzieży wileńskiej, młodego zastępcę profesora na Wydziale Teologicznym – ks. Henryka Hlebowicza. Udział w rekolekcjach i rozmowy z ks. Hlebowiczem stały się momentem zwrotnym w jej życiu.

O tym, co przeżyła 25 marca 1933 roku, mówiła i pisała jako o swoim „nawróceniu”, a tajemnicę ” Zwiastowania”, którą wkrótce potem wybrała jako swoją „tajemnicę” przy profesji zakonnej, była jej szczególnie droga do końca życia. W rok po tych rekolekcjach zapisała taką notatkę: Obchodzę dziś radosną rocznicę mojego „Fiat”. Rok temu dał mi Bóg niewymowną słodycz, wprawdzie skąpanego w morzu łez, ale pełnego wyrzeczenia. Dał mi odczuć szczęście ofiary…

Również w roku 1933 miały miejsce dwa ważne wydarzenia. Zamarła jej matka, wraz z nią Lucyna straciła ostatni ślad dawno rozbitego domu rodzinnego. W tym samy roku zaprzyjaźniła się z młodą studentką Wydziału Sztuk Pięknych, malarką, Nulą Muttówną, ciężko chorą na gruźlicę. Zawierając z nią przyjaźń, nie przypuszczała, jak bardzo upodobni się do niej w tym, co jest najtrudniejsze, ale zarazem prawdziwie błogosławione – w owym ewangelicznym zatracaniu własnej duszy, by ją w pełni odnajdywać.

Początki gruźlicy, które pojawiły się w tym czasie zdały się być wstrzymane parokrotnym pobytem w Zakopanem. Pewien czas spędziła tam z Nulą i pobyt we wspólnym pokoju uważała za swe prawdziwe rekolekcje.

Wzrastało jej pragnienie świętości o czy pisała do rodzonej siostry – s. Benigny, nazaretanki. Oddziaływała na otoczenie, zdobywała ludzi dla Jezusa. Poprzez rozmowy, wspólne lektury budowała z ciężko chorymi relacje i modliła się o to, aby Pan Jezus był znany i kochany.

Zaprzyjaźniła się bardzo ze św. Franciszkiem z Asyżu. Uważała, że On uczy ją kochać i cierpieć z radością. Kwiatki św. Franciszka i rozdział o radości doskonałej, były jej ulubioną lekturą. Św. Tereska od Dzieciątka Jezus uczyła ją mistrzowskiej sztuki: bohaterskiej radości w cierpieniu i pełni dziecięctwa. Ewangelię – umiłowaną ponad wszystko księgę – uważała za grunt i wiedziała, że najważniejsze jest to, aby się o Nią mocno oprzeć.

Wkrótce poczęła u Lucyny dojrzewać myśl o powołaniu zakonnym, która zakiełkowała w Laskach. Laski wywarły na niej silne wrażenie, sama pisała: Kocham Laski ogromnie, jest to coś w rodzaju gminy z czasów pierwszego chrześcijaństwa – duch Ewangelii i duch św. Franciszka z Asyżu. Wielkie dzieło Opatrzności Bożej…

Decydujący wpływ na jej decyzję o życiu zakonnym miał pamiętnik s. Katarzyny Sokołowskiej, zmarłej w Laskach, która porzuciła świat, umiłowaną sztukę, aby „zejść do korzeni Krzyża” i w całkowitym, heroicznym ogołoceniu się ze wszystkiego pełniej odnaleźć w Bogu.

***

Latem 1936 roku wstąpiła do Zgromadzenia. Otrzymała imię zakonne siostry Marii Nulli Katarzyny. W łacińskim imieniu „Nulla” – nikt – upodobnionym do imienia wiernej przyjaciółki Nuli, streszczał się nowy program życiowy: ogołocić się ze wszystkiego, stać się Nullą – niczym.

Rozpoczęła nowy etap życia. W życiu wewnętrznym robiła szybkie postępy, bo znalazła mądre kierownictwo duchowe nieocenionego Mistrza i Ojca, jakim był ks. Władysław Korniłowicz. Budowała wiernością powołaniu i rzetelną pracą nad sobą. Bóg przyjął jej dobrą wolę służenia Mu w ukryciu, ogołoceniu się i zupełnej ofierze: krótkie życie zakonne s. Nulli idzie wciąż w głąb – aż do „korzeni Krzyża” i znaczone jest rozwijającą się chorobą płuc.

Podczas dłuższego pobytu w szpitalu pisała: Powinno mi być smutno w tej atmosferze szpitalnej – no, ale nie jest, i cóż na to poradzę! Czuję się taka szczęśliwa i taka uprzywilejowana – i taki bogacz!

Chory „bogacz” potrafi subtelnie opiekować się innymi chorymi, okazywać serce, siać pociechę – bo to taka cudowna dla mnie tajemnica – odnajdywanie Pana Jezusa ukrytego w bliźnich.

Od choroby, którą znosiła pogodnie, widząc w niej „stempel Woli Boży” boleśniejsze były wojenne ciosy: tragiczna śmierć ks. Hlebowicza, śmierć szwagra, ojca i brata, zamordowanych przez Niemców, lęk o siostrę swoją Zosię… Cała Kalwaria narodu i świata, pogrążonego w morzu krwi i łez. Przeżywała to wszystko wrażliwym sercem z wyjątkową siłą, ale i z wyjątkową ufnością w zwycięstwo Boga.

Wiedziała, że najpotężniejszą bronią jest heroizm ofiary i świętość. Wydobywała więc wszystkie siły w schorowanym ciele, by pogłębić swą duszę i z całą świadomością tego, co czyni, ofiarowała Bogu za Polskę swe życie.

To pragnienie świętości coraz bardziej rozpalało ofiarną duszę s. Nulli. W liście do bp Bukraby napisała: Wydaje mi się, że żadne chyba czasy tak jak te nasze okropne nie wołały o Świętych. Tak, musowo być świętym.

Ciekawe jest, że najbardziej przez nią ukochaną tajemnicą obok Zwiastowania – misterium ofiary, była społeczna tajemnica Świętych Obcowania: Myślę o tym nieraz, bo mnie tak szalenie interesuje i obchodzi człowiek – braterstwo ludzi w jednym Ojcu Niebieskim i świętych obcowanie zarówno w niebie, jak i tu, na ziemi. Wciąż muszę wracać do tych tajemnic, zwłaszcza teraz, gdy to cudowne, dziwne i tajemnicze życie ludzkie takie stało się „tanie”, gdy się tak potokami leje krew braci – wrogów, i braci – sprzymierzeńców – braci dalekich i bliskich. Może dlatego tak kocham brewiarz, że on wychodzi z barierek partykularnej, prywatnej modlitwy i obejmuje cały świat i wciąga cały świat w orbitę Opus divinum – oddawania chwały Bogu…

15 września 1943 roku s. Nulla przetłumaczyła wierszem Stabat Mater. Wolny ten przekład łacińskiej sekwencji był zaczątkiem dalszych wierszy, które wytrysnęły samorzutnie, jak źródło w głuszy leśnej.

Jak zaznaczył w jednym z listów ks. Korniłowicz: Wiersze jej były wynurzeniem się przed Bogiem jej czystej, świetlanej duszy.

Wiersze s. Nulli są rodzajem modlitwy, świadectwem przeżyć wewnętrznych, które pragnęła odsłonić swemu kierownikowi duchowemu, pisane, jak gdyby bez jej udziału – tak szczerze i bezpośrednio, że ich nigdy nie stylizowała, nie poprawiała, by zachować świeżość i autentyczność przeżycia. Są to swego rodzaju „dzieje jej duszy”.

Sama o swoich wierszach napisała: … ja się zupełnie nie znam na swoich wierszach, zawsze mi się wydaje, że to bryndza i że się biorę nie do swoich rzeczy – jeżeli piszę, to właściwie dlatego, że mi to jest potrzebne – po prostu różne przeżycia i myśli szukają sobie pełnego wyrazu – niestety to nie znaczy, że go znajdują… Ale cieszę się, jeżeli rzeczywiście to może komuś coś dobrego zrobić…

Forma wierszy s. Nulli powstawała i kształtowała się w cierpieniu, co przebija się wyraźnie w cyklu Silentium Tibi laus.

Głębia przeżycia oraz szczerość, z jaką pragnie wyrażać swą prawdę sprawia, że w wierszach jej panuje harmonia między treścią a formą, tworząc prawdziwą poezję religijną – jędrną, bez sentymentalizmu, bez tanich efektów. Nie ma w nich sztuczności czy frazeologii. S. Nulla zbyt ceniła sobie odpowiedzialność za słowo.

Podczas ostatniego pobytu w sanatorium w Świdrze, przy chwilowej, pozornej poprawie zdrowia próbowała chodzić, a przede wszystkim otaczała opieką i przyjazną pomocą innych chorych.

W styczniu 1945 roku złożyła śluby wieczyste. Rozpoczął się ostatni etap. W ciągu życia wrażliwa na piękno, umiała pięknie chorować i pięknie umierać. Nie było łez, buntu czy żalu.

W Zwiastowanie wróciła do Lasek, co było jej wielkim pragnieniem. Ostatnie trzy miesiące życia s. Nulli – to okres największego cierpienia, znoszonego radośnie, z prostotą, z heroizmem ofiary całopalnej – ostatni egzamin cierpliwości. Jednocześnie to najpełniejszy rozkwit ducha i zjednoczenia z Bogiem.

Jej pokój w Domku św. Rafała bardziej przypominał kaplicę niż szpitalną salę poprzez obraz Zwiastowania Fra Angelika tonący w kwiatach i fotografię Nuli Muttówny oraz atmosferę milczenia, ofiary radosnej z życia i cierpień. Chora z łóżka mogła przez okno widzieć migoczący płomień wiecznej lampki przed Tabernaculum w kaplicy Domu rekolekcyjnego. To w tym okresie powstał ostatni cykl wierszy Moja Msza, które były przez s. Nullę dyktowane.

Po Wniebowstąpieniu odprawiła swoje rekolekcje, a raczej dni większego skupienia. W uroczystość Zielonych Świąt odbyło się ponowienie ślubów wieczystych i sakrament chorych, a nazajutrz przyjęła Wiatyk. Była bardzo radosna, choć cierpiała bardzo. Nie miała czym oddychać. Gorączka dochodziła stale do 40 stopni. Problemy żołądkowe, ból gardła i nieustający kaszel, a ona w tym wszystkim zadziwiająco pogodna, uśmiechnięta, zapominająca o sobie. Prosi o różne intencje, za które mogłaby ofiarować swoje cierpienie…

W przeddzień śmierci powiedziała: jaki ten Pan Bóg jest strasznie dobry – daje mi tyle łask jakby z Ręki – z chwili na chwilę. Ofiara kończyła się i kończył się egzamin cierpliwości… Pójdę w pokoju – Msza się skończyła… Msza się zaczyna…

10 lipca, około godz. 3 nad ranem nastąpił nagle obfity krwotok, a po kilku minutach śmierć. Ks. Korniłowicz, który wkrótce nadszedł, udzielił ostatniej absolucji i spokojnym głosem zaczął odmawiać De profundis, Benedictus, Magnificat…

Ktoś wyjął z wazonu parę czerwonych róż i położył je na piersiach Nulli, na ubogim kaftaniku obok purpurowej plamy krwi. Spełniła się wreszcie jej najpiękniejsza Przygoda: Przez kąpiel krwi, przez fiolet stuły wróci się dusza in manus tuas…

Nie szukałam go, a znalazłam.
– Nie wzywałam go, a został mi dany.
Jak piołun gorzki, a posilny jak manna.
– Jak ołów ciężki, a skrzydłami stał się dla ramion
I odtąd – druh nieodstępny – zawsze jest ze mną razem,
W wielkiej grze życia zyskany, największy Hazard:
Krzyż mego Pana.

                                                                                          /4 maj 1945/

Źródła: Ludzie Lasek, Warszawa 2000; Wiersze, Siostra Nulla Westwalewicz, Warszawa-Laski 2010

 

 

 

 

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close