1 sierpnia 1944 r. doszło w stolicy do wybuchu powstania, Polacy chcieli usunąć uciekających Niemców i przywitać jako wolny naród wojska radzieckie. Po dwóch miesiącach rozpaczliwej, bohaterskiej walki, stolica skapitulowała, a powstańców wzięto do niewoli. W odwecie Niemcy systematycznie wyburzać miasto, co dla polskiej kultury było ciosem bez precedensu.

W życiu Matki Elżbiety Czackiej sześcioletni okres II wojny światowej, jak również 63 dni, kiedy trwało powstanie – zasługują na szczególną uwagę. W tym czasie uwidoczniły się jej wielkie duchowe wartości, jak mądrość, roztropność, miłość bliźniego i męstwo. W na pozór beznadziejnych sytuacjach okazywała równowagę ducha. Ze spokojem i prawdziwie z ręki Bożej przyjęła zniszczenia wyników długoletniej pracy. Z przenikliwością patrzyła na sprawy kraju, potrzeby Dzieła, wielkość zagrożeń, możliwość nowych dróg postępowania. W chwilach klęski nie wahała się kazać siostrom dzielić się wszystkim z najbardziej potrzebującymi.

Wiosną 1944 r. wobec zbliżania się armii sowieckiej do Wisły, a w jej składzie posiłkowej dywizji polskiej im. Tadeusza Kościuszki, dowództwo Armii Krajowej przystąpiło do przygotowania powstania w Warszawie w ramach akcji „Burza”.

Na terenie Zakładu w Laskach urządzono szpital powstańczy. W końcu lipca zgromadzono leki, środki opatrunkowe, narzędzia chirurgiczne. W każdej chwili oczekiwano wybuchu powstania. Na obawy  ks. Kapelana Stefana Wyszyńskiego, co do prawa do narażania niewidomych na niebezpieczeństwo, Matka Czacka uważała: „że wszyscy powinni mieć swój udział w obronie Ojczyzny”. Jak wspominał po latach Ks. Prymas Wyszyński: „Pamiętam wieczór, gdy jako kapelan rejonowy AK poświęcałem szpitalik powstańczy. Patrzyłem na Matkę i myślałem sobie, skąd w tej kobiecie taka odwaga, żeby wystawić Dzieło na wszelkie niebezpieczeństwa związane z czynnym zaangażowaniem w powstanie? Nie był to bowiem tylko szpital, był tutaj i ośrodek aprowizacyjny, i łączniczki, i szpital cywilny, i wiele innych rzeczy. Matka uważała, że trzeba wykazać postawę mężną, bo tego wymaga w tej chwili cały świat. Taką mi dała odpowiedź, gdy projektowałem, abyśmy zajęli się tylko rannymi z frontu. Odsłonił mi się wtedy zupełnie nowy obraz człowieka. Było w niej coś z Traugutta”.

Mimo iż odwaga jej nieopuszczana, nigdy nie można było dostrzec u Matki chęci zabłyśnięcia brawurą. W pełni świadoma niebezpieczeństw, Matka pokładała ufność nie w ludziach, lecz w Bogu i dlatego zachowała spokój tam, gdzie inni go tracili. Po wszystkie decyzje przychodzono do niej.

Od wybuchu powstania 1 sierpnia przez pierwszych osiem dni Laski znajdowały się w pasie międzyfrontowym, zajętym przez wojska powstańcze. Przez następnych kilkanaście dni kwaterowały tu bardzo życzliwe Polakom oddziały węgierskie. Gdy Niemcy zorientowali się, że Węgrzy sprzyjają Polakom, przerzucili ich na front wschodni, do Warszawy zaś sprowadzili oddział RONA, czyli „własowców”.

Od pierwszych dni walki szpital zaczął się zapełniać. Ranni nie mieścili się w zaimprowizowanych pomieszczeniach Domu Rekolekcyjnego, więc przeznaczono na ten cel dawny internat dziewcząt. Na parterze umieszczono dwóch Niemców i Belga zatrudnionych w niemieckiej organizacji Todta, na piętrze zaś dobrze ukrytych dwóch Rosjan i powstańców. Ciężej rannych przykrytych jarzynami, na wozie zaprzężonym w parę osłów, dowożono  pod sam dom, nie budząc niczyich podejrzeń. Lżej rannych przywożono niekiedy dosłownie w biały dzień i na oczach coraz częściej kręcących się po Zakładzie Niemców. Często rannych przywozili furmankami o zmroku mieszkańcy sąsiednich wiosek. Składali ich w lesie na ziemi, po czym odjeżdżali galopem. Często nagle poszukiwano w Zakładzie dwudziestu silnych i zaufanych mężczyzn do przeniesienia pięciu rannych. Do tej pracy zgłaszało się kilku niewidomych. Do czwórki przy noszach potrzebny był co najmniej jeden widzący. Najczęściej tę rolę pełnił ks. Prof. Stefan Wyszyński i Henryk Ruszczyc.

W Domu Rekolekcyjnym w pokoju ks. Korniłowicza ukrywano dowódcę grupy Kampinos „Szymona” ze strzaskaną nogą. Przed wejściem do dowódcy, w przechodnim pokoju położono parę dzieci chorych na dyzenterię i przybito napis „choroba zakaźna”. W tych warunkach „Szymon” przeleżał przeszło trzy tygodnie i dalej dowodził.

Ponieważ spotkania konspiracyjne odbywały się w dawnym domu dziewcząt, gdzie teraz mieszkali niewidomi mężczyźni i chłopcy, „Szymon” miał skrupuły, czy może ich narażać na niebezpieczeństwo śmierci. Zwrócił się z tym problemem do Matki Czackiej i usłyszał odpowiedź: „Decyzja podjeta w 1939 r., walki o wolność – obowiązuje”.

W tych trudnych dniach ks. Wyszyński ciągle był obecny przy rannych. Miał dar uspokajania najbardziej cierpiących, a także tych, którzy buntowali się przeciw wizji bliskiej śmierci.

Główna komendantka łączniczek Zofia Skonieczna-Kozłowska  ps. „Sowa” w swojej relacji dotyczącej okresu powstania pisze: „Zakład Laskach miał olbrzymi wpływ na ukształtowanie poczucia obowiązku do ojczyzny. […] Wszystkie dziewczęta wkładały w wykonanie swoich zadań cały młodzieńczy zapał i poświęcenie. Nie było zadań trudnych i niemożliwych. Cała nasza praca na pewno nie szłaby tak sprawnie, gdybyśmy nie znalazły w Zakładzie prawdziwego domu rodzinnego. Pomoc całego Zakładu dla naszej grupy Kampinos była wprost bezcenna. Dzięki temu mogłyśmy spełniać nasze obowiązki w rejonie wroga. A może największe znaczenie miały modlitwy Matki Czackiej i sióstr! „Powstaniec” – Matka Czacka w pierwszych dniach powstania życzyła sobie, abym była jej przedstawiona. Powiedziała kilka serdecznych słów, ja byłam onieśmielona i  tak w milczeniu towarzyszyłam jej w spacerze, podczas którego prawdopodobnie modliła się o pomyślność powstania. Dzieci niewidome były wzruszające w swej ofiarności. Przynosiły dla powstańców pledy, czekoladki, papierosy. Ofiarowały swoją pomoc. Chciały prać nasze rzeczy”.

Ksiądz Prymas Wyszyński podczas uroczystości 50-lecia Lasek, tak zakończył swoje przemówienie: „Zakład kierowany przez Matkę […] niewzruszonym, dostojnym spokojem promieniował na wszystko – zdawałoby się nawet ujarzmiał niebezpieczeństwa, jakie raz wraz nad Zakładem wisiały podczas powstania i potem, w tygodniach strasznej pacyfikacji wsi okolicznych, tygodniach, w których Zakład wciąż czekał na swoją kolej”.

***

Matka Elżbieta ranna podczas pierwszych walk jakie rozegrały się w stolicy we wrześniu 1939 roku, była przekonana o słuszności swojej decyzji, co do czynnego włączenia się Zakładu w Laskach w działania powstańcze. Poprzez swoją modlitwę i cierpienie wspierała walczących o wolność ojczyzny.

Więcej o tym okresie działalności Dzieła Lasek można przeczytać w książce Alicji Gościmskiej pt. „Laski w czasie okupacji 1939-1945” oraz pozycji Michała Żółtowskiego pt. „Blask prawdziwego światła”.