„Bracia: Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: Jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc, i w śmierci należymy do Pana.”

Z Listu do Rzymian.

Dnia 31 lipca 2017 roku odeszła do Pana nasza Siostra

ŚP. SIOSTRA EDWARDA

od Matki Boskiej Bolesnej

Stanisława Pogwizd

 Przeżywszy lat 93; życia zakonnego 65; profesji 63.

 Msza św. pogrzebowa będzie sprawowana o godz. 12.00 w sobotę, 5 sierpnia, w kaplicy Matki Bożej Anielskiej w Laskach; po Mszy św. – Pogrzeb na zakładowym Cmentarzu.

 

Siostra Edwarda – Stanisława Pogwizd urodziła się 2 lutego 1924 roku we wsi Mystków, pow. Nowy Sącz. Była dziewiątym, najmłodszym dzieckiem Józefa Pogwizda i jego żony Marii z Jasińskich. Tam też przyjęła sakrament chrztu w dniu 6 lutego 1924 r. i sakrament bierzmowania w 1935 r.

Jej rodzice mieli małe gospodarstwo rolne. Ojciec zmarł wkrótce po narodzinach Stanisławy, matkę z najmłodszą córeczką wziął do siebie wujek (brat mamy) do sąsiedniej wioski do Paszyna. W Paszynie poszła do szkoły w wieku sześciu lat i w drugiej klasie przystąpiła do pierwszej Komunii świętej. Kiedy skończyła czwartą klasę zmarła jej babcia, a wujenka zdecydowała, że Stasia kończy naukę i pójdzie zarabiać na siebie (naukę uzupełniła dopiero po wielu latach jako eksternistka w Szkole Podstawowej dla Pracujących w Pruszkowie w 1973 roku).

Po wybuchu drugiej wojny światowej, żeby uniknąć wywiezienia do pracy w Niemczech, poszła do pracy w dużym gospodarstwie w Mystkowie, jednak próba się nie powiodła i wiosną 1944 roku, w Poniedziałek Wielkanocny została zabrana przez żandarma na wywózkę do Niemiec. Podróż pociągiem towarowym trwała cały tydzień. Na dworcach większych miast ubrania nasze były poddawane tak zwanemu „gazowaniu”, a my – kąpielom. Tak dojechaliśmy do Berlina. Zwieziono nas do tajnego gestapowca, który wraz z synem prowadził duże gospodarstwo ogrodnicze. Na miejscu okazało się, że pracuje tam już dwanaście kobiet w okolic Śląska. Z naszego transportu dołączono następnych dwanaście. Zamieszkałyśmy wszystkie w baraku. Łóżka były piętrowe. Praca nasza trwała od piątej rano do osiemnastej, z dwoma krótkimi przerwami na śniadanie i obiad…

Jubileuszowe wspomnienia Siostry przywołują więcej obrazów z tamtego okresu. To było nie tylko doświadczenie ciężkiej pracy i głodu na obczyźnie, ale także bezpośrednie spotkanie z okrucieństwami wojny: Był to ostatni rok wojny, dniem i nocą były nieustanne bombardowania okolic Berlina… Gdy taki alarm zastał nas w polu, musiałyśmy radzić sobie same, a uciekać w drewniakach było bardzo trudno… Najbardziej bałyśmy się bomb, które eksplodowały w ziemi. Pamiętam, jak kiedyś jedna z takich bomb spadła obok naszego schronu, ziemia posypała się nam na głowy, tak się wówczas wystraszyłam, że w kółko powtarzałam: Przecież ja się nie boję… nie boję się, nie boję… Gdy zdarzył się wieczór, że było cicho, wychodziłam przed barak i prosiłam Matkę Bożą, by mi pomogła, modliłam się do Niej, nie pamiętam jak, ale miałam taką ufność i potrzebę… Z chwilą, gdy do Berlina zbliżał się front i wkraczała Armia Czerwona, byłyśmy już zdane same na siebie. Gdy żołnierze rosyjscy wpadli na nasz teren, zachowywali się strasznie, wszyscy prawie byli pijani. Przeżyłam wówczas coś, co mi zostało gdzieś głęboko w sercu do dziś…do schronu wpadli żołnierze rosyjscy, dziewczyny, które się tam skryły miały odciętą drogę, nie mogły uciec…To było straszne…

 Dalej pisze o tym jak zagrzebała ciało przyjaciółki przy bunkrze i musiała szybko uciekać z pozostałymi, piechotą do Polski – przeważnie nocami… Nie miała zresztą gdzie ani do kogo wracać. Ktoś ze znajomych skierował ją do Chrzanowa, gdzie znalazła pracę u samotnej kobiety z dwojgiem dzieci. W tym czasie coraz częściej myślała o wstąpieniu do zakonu, tu przeszkodą okazał się jednak nie tyle brak wykształcenia czy materialne ubóstwo, ale wiek, chociaż nie miała jeszcze trzydziestu lat.

W Chrzanowie nawiązała kontakt z modlitewną grupą dziewcząt, tworzących tzw. „Kółko religijne” i postanowiła już nic nie szukać i nic na ten temat nie czytać, chciała o tym powracającym pragnieniu zapomnieć. Znalazła pracę w przedszkolu „Caritas” prowadzonym przez siostry Służebniczki Starowiejskie, obserwowała ich życie i w dalszym ciągu nie umiała sobie odpowiedzieć na pytanie, co ma ze sobą dalej zrobić…Wreszcie przypadkiem znalazła w „Rycerzu Niepokalanej” informację o Laskach i napisała list. Gdy dostała odpowiedź – spakowała walizkę i pojechała z koleżanką do Warszawy, gdzie nie mogły się dowiedzieć jak do tych Lasek dojechać i ostatecznie musiały wziąć taksówkę… Tu przyjęła ją s. Maria Franciszka Tyszkiewicz: Zostawiłam swoje rzeczy i poszłyśmy do kaplicy. Weszłam w chwili, gdy Ojciec Tadeusz [Fedorowicz] błogosławił Najświętszym Sakramentem. Było to na zakończenie wieczornych modlitw sióstr.

 —————————————————————————————————————-

Do aspiratu została przyjęta 2 kwietnia 1952 roku; pierwszą profesję złożyła
25 października 1953 roku; profesję wieczystą 24 października 1959 roku.

—————————————————————————————————————–

W postulacie i nowicjacie pracowała głównie w kuchni centralnej. Po pierwszej profesji została skierowana do pracy w magazynie żywnościowym. Przez dwadzieścia lat, głównie z s. Błażeją robiły przetwory dla całego Ośrodka (był to czas – wspomina – że kisiłyśmy 25-30 dużych beczek ogórków i kapusty, nie licząc różnych przetworów owocowych).

W tym okresie dwukrotnie zmieniała pracę: na rok w Parafii w Izabelinie (1961-1962), z której bardzo serdecznie wspominała swoje kontakty z ks. Aleksandrem Fedorowiczem i potem – rok w gospodarstwie i podwórzu (1973-1974) z którego z kolei wspominała serdecznie współpracę z ówczesnym dyrektorem administracyjnym Stanisławem Mitraszewskim i innymi świeckimi współpracownikami.

Po reorganizacji gospodarstwa w Laskach – w zimie 1984 roku została przeniesiona do Żułowa, gdzie przez kolejnych prawie trzydzieści lat niosła ciężar odpowiedzialności za gospodarstwo Zakładu. W listopadzie 2003 roku przeżyła w Laskach swój jubileusz 50-lecia profesji.

W miarę upływu czasu i słabnącego zdrowia jej aktywność się zmniejszała. W lutym 2015 roku została przeniesiona na oddział chorych sióstr do Domu św. Rafała w Laskach. Tu, w ciągu kolejnych dwóch lat, ostatnich Jej życia, starała się uczestniczyć we wspólnych spotkaniach wspólnoty, rekreacjach, a przede wszystkim we wspólnych modlitwach, nie tylko w domowej kaplicy, ale też chętnie korzystała z możliwości wyjazdu wózkiem na nabożeństwa do Kaplicy Matki Bożej Anielskiej. Wyjeżdżała też, z pomocą sióstr, na spacery po terenie Ośrodka, którego wielu zmian już nie pamiętała po trzydziestoletnim pobycie w Żułowie.

W ostatnich miesiącach stan ogólny zdrowia Siostry wyraźnie się pogarszał, a w ostatnich tygodniach nie opuszczała już swego pokoju, potem – łóżka. Wysokie skoki temperatury, coraz trudniejszy kontakt i niemożność samodzielnego spożywania posiłków – wymagały stałego czuwania i pomocy ze strony pielęgniarek i odwiedzających.

Odchodzenie trwało właściwie przez cały tydzień. Siostra zmarła przed północą (o godz. 23.45) dnia 31 lipca 2017 roku przy towarzyszącej Jej modlitwie czuwających.

Eksportacja zwłok z domowej kaplicy nastąpiła po Jutrzni, przed Mszą św.- o godz.7.45. Modlitwie przewodniczył ks. Kazimierz Olszewski.

Niech odpoczywa w pokoju wiecznym. Amen.