„Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie”.

 J 11, 25

 Dnia 11 marca 2018 roku odeszła do Pana nasza Siostra

ŚP. SIOSTRA Marcina od Miłości Bożej

Teresa Przybysz

Przeżywszy lat 87; życia zakonnego – 69; profesji – 66.

 

Msza św. pogrzebowa będzie sprawowana w czwartek, 15 marca, o godz. 15:00 w kaplicy Matki Bożej Anielskiej w Laskach. Po Mszy świętej – pogrzeb na cmentarzu zakładowym.

PANIE, PRZYJMIJ JĄ DO SWOJEJ ŚWIATŁOŚCI.

 

„Siostry […] przez całe życie oddają cześć Bogu, aby Go kochać i wielbić kiedyś w niewypowiedzianym szczęściu”…                                                                                                               

Matka Elżbieta Czacka


Siostra Marcina – Teresa Przybysz urodziła się 4 maja 1931 roku w Zambrzyńcu (powiat węgrowski, województwo mazowieckie). Rodzice: Józefa z domu Wojtyra i Bolesław Przybysz mieli niewielkie, około 7-morgowe gospodarstwo, na średnio urodzajnej ziemi. Początkowo rodzina mieszkała w bardzo trudnych warunkach w stodole, gdzie była tylko jedna izba, we wsi Zambrzyniec, skąd pochodził ojciec. Z czasem przeprowadzili się do sąsiedniej wsi Błotki, gdzie połowa domu rodzinnego była zapisana na mamę.

Przybyszowie mieli pięcioro dzieci. Najstarsza córka zmarła na szkarlatynę. Teresa była czwarta. Ochrzczona została 28 marca 1932, gdy miała 13 miesięcy. Po sześciu latach przyszło na świat piąte dziecko – najmłodsza córka. Wychowaniem dzieci zajmowała się mama, była wręcz „sercem domu” – jak to spostrzegała s. Marcina, która tak wspominała lata swojego dzieciństwa: „Pacierz mówiliśmy razem i głośno. Mama chciała słyszeć każdego. Starszym kazała czytać modlitwy z książeczki. Sama przędła i śpiewała Godzinki czy inne pieśni do Matki Bożej, a w Wielkim Poście – Gorzkie żale.

Do kościoła parafialnego mieliśmy dziewięć kilometrów, a do sąsiedniej parafii trzy kilometry, tyle samo było do szkoły. W domu rodzice włączali nas do pracy. Robiliśmy to, co rodzice wyznaczyli: starsze dzieci pilnowały młodszych, a niekiedy szły w pole z mamą lub pasły krowy. Mama bardzo rzadko pozwalała chodzić do innych dzieci i zawsze na określony czas. Mama była pracowita i żyła z sąsiadami w przyjaźni. Pomagali sobie wzajemnie”.

Siostra zapamiętała też różne praktyki pobożne z tego czasu: „…zbieraliśmy się przy krzyżu i było śpiewanie litanii do Matki Bożej, a później pieśni. Tak samo kobiety zbierały się na różaniec, a w Wielkim Poście na Gorzkie żale. Podobnie było w oktawie Bożego Ciała, kiedy ksiądz chodził z Panem Jezusem przez wioski i pola. Oczywiście, ludzie robili ołtarze. Bardzo mi się podobała ta procesja”.

Przed wybuchem wojny w 1939 roku Teresa zdążyła jeszcze zacząć naukę w szkole powszechnej. Ostatecznie ukończyła tylko cztery klasy. Do Pierwszej Komunii świętej przygotowywał ją kleryk, pochodzący z tej samej wioski, który przebywał u rodziców na urlopie. Bliższe przygotowanie do tego sakramentu miało miejsce już w kościele parafialnym. W tym samym roku 1942, jako jedenastolatka, przyjęła sakrament bierzmowania w sąsiedniej parafii w Stoczku Węgrowskim.

Wojna przyniosła Teresie trudne doświadczenia. Zaczęła się choroba mamy, dzieci musiały pracować, by pomóc w utrzymaniu rodziny. Dziewczyna, wzrostem najmniejsza z rodzeństwa, była posyłana na służbę do innych gospodarzy, aby paść krowy. Czasami z innymi dziećmi, a niekiedy sama. Tęskniła za mamą. Jeszcze trudniejsze dla niej były działania wojenne, których była świadkiem. Siostra Marcina po latach wspominała: „Niemcy często napadali na wioskę. Zaczęły się tworzyć oddziały partyzanckie. Tato nie należał do partyzantów, ale braciszek, który miał 14 lat, był już łącznikiem, służył na warcie. We wsi było też kilka rodzin, które ukrywały Żydów. Niemcy nad ranem robili napady i zabijali całe rodziny. Tak się działo, aż weszli Rosjanie. Niemcy, jak odchodzili, podpalali domy i inne zabudowania. Nasze też spalili”.

Rodzina Przybyszów (sześć osób) zamieszkała wtedy gościnnie w jednym mieszkaniu u jakiejś dobrej kobiety, która w tym trudnym czasie przygarnęła ich wszystkich. Tam zastał ich wybuch powstania warszawskiego. „Warszawa się paliła. – pisała s. Marcina. – Było słychać huk samolotów i widać ogień, a raczej wielką łunę”.

Dopiero wiosną 1945 roku rodzina zaczęła stawiać stodołę, w której po żniwach zamieszkali – „na swoim”. Ze względu na zły stan zdrowia mamy, tylko brat i najstarsza siostra, wraz z innymi rodzinami z wioski, wyjechali w poszukiwaniu lepszych warunków w okolice Elbląga, na tereny zasiedlane przez Polaków, z zamiarem sprowadzenia później całej rodziny. Teresa wkrótce dołączyła do rodzeństwa. Wspominała: „Tam czekaliśmy jeszcze na rodziców, którzy wkrótce mieli też przyjechać. Tymczasem stan zdrowia mamy się pogorszył i ich przyjazd nie był możliwy, tak że na Boże Narodzenie nie byliśmy razem: nas troje na ziemiach odzyskanych, a rodzice z najmłodszą siostrą na swoich terenach”. Mama zmarła na początku stycznia 1946 roku. Wiadomość o jej śmierci była ogromnym ciosem dla kochających dzieci i przyczyniła się do kolejnej tragedii. Siostra Marcina zapisała: „Brat po usłyszeniu tej wiadomości wyszedł z domu i długo nie wracał. Siostra dostała wysokiej gorączki. Braciszek ją zawiózł do szpitala w Elblągu, gdzie po dziewięciu dniach zmarła. Miała 18 lat”.

Wkrótce do rodzeństwa dojechała najmłodsza siostra, a wiosną dołączył tato. Radość połączenia rodziny była jednak krótka. Po kilku miesiącach tato wrócił na swoje tereny, gdzie ożenił się powtórnie. Natomiast Teresa z bratem przez dwa i pół roku prowadziła gospodarstwo, podczas gdy najmłodsza siostra się uczyła. W końcu Teresa, która tęskniła za tatą, w 1948 roku zdecydowała wyjechać do niego, a brat zdał gospodarstwo na państwo i podjął naukę w Elblągu. Była u taty zaledwie około miesiąca, po czym podjęła pracę w Warszawie – opiekowała się chorym starszym panem.

Myśl o powołaniu zakonnym zrodziła się – jak to opisała s. Marcina w swoich wspomnieniach jubileuszowych w 2002 roku – podczas spotkania z kuzynką, która m.in. pytała ją o plany na przyszłość. Szczerze odpowiedziała, że nie wie, co robić, ale chciałaby „przeżyć swe życie pożytecznie”. Kuzynka zasugerowała życie zakonne, ale Teresie wydawało się, że brak wykształcenia jest przeszkodą. Wtedy padła propozycja Lasek, gdzie nie było takiego wymogu.

Teresa w sierpniu 1949 roku pojechała do Lasek, gdzie spotkała się z s. Bonawenturą Statkowską i umówiła na przyjazd po załatwieniu koniecznych formalności. Pracowała jeszcze do listopada, na krótko wyjechała do taty, a 7 grudnia przyjechała do Lasek i tego samego dnia otrzymała chusteczkę aspirancką. „Następnego dnia – wspomniała s. Marcina – było święto Niepokalanego Poczęcia i tak się zaczęło moje życie zakonne. W sercu miałam wielką radość. (…) Siostra Bonawentura dała mi «Naśladowanie», żebym się modliła, bardzo się cieszyłam, wyszukiwałam teksty, które mnie pociągały i wznosiły myśli ku Bogu”.



Postulat rozpoczęła 24 grudnia 1949 roku. 10 lutego 1951 została przyjęta do nowicjatu.

Pierwszą profesję złożyła 11 lutego 1952 roku. Profesję wieczystą – 11 lutego 1958 roku.



Welonik postulancki otrzymała s. Marcina z rąk Matki Elżbiety. W czasie postulatu pracowała w wielu działach, m.in. w kuchni Domu św. Stanisława, w Domu Rekolekcyjnym i wszędzie tam, gdzie była posłana. Przywołajmy jeszcze kilka wspomnień siostry z tego okresu: „W postulacie miałyśmy zarówno katechezę, jak i spacery, często też grałyśmy w piłkę. Cieszyłam się, bo w dzieciństwie najlepiej lubiłam grać w piłkę i skakać wzwyż. Siostra Bonawentura uczyła mnie chodzić, bo za prędko chodziłam”.

I jeszcze jedno wspomnienie z okresu formacji początkowej: „W nowicjacie miałyśmy lekcje z katechizmu, a także wykłady z liturgii i naukę śpiewu gregoriańskiego. Msze były po łacinie, śpiewane lub recytowane. (…) Nowicjat trwał rok. Później rekolekcje i śluby, i radość wielka, potem znów praca, modlitwa, czas formacyjny. Siostry starsze uczyły pracy i sposobu bycia. Czas szybko mijał, nadchodziły śluby wieczyste. (…) Na uroczystościach była cioteczna siostra, ale zaraz po Mszy św. pojechała. Ja modliłam się i cieszyłam”.

Przez większość życia s. Marcina była w Laskach i pracowała przeważnie w kuchni, stołówkach, magazynach różnych domów. Jeden rok była w domu w Izabelinie, gdzie także pracowała w kuchni. W roku 1972 ukończyła kurs gotowania i pieczenia, zorganizowany przez Sekretariat Prymasa Polski. Jak sama przyznała, początkowo nie lubiła gotować, ale z czasem polubiła pracę w kuchni.

Od sierpnia 1990 była przez rok w Szczawnicy dla podreperowania zdrowia, które się bardzo pogorszyło. W trzyosobowej wspólnocie s. Marcina była odpowiedzialna za kuchnię i zakupy. Organizowane tam były wówczas rekolekcje dla dziewcząt. Dla nich również siostra przygotowywała posiłki. Po roku przeszła do Rabki, żeby gotować dla pracowników, którzy remontowali dom. Była tam dwa i pół roku. Stan zdrowia znowu się pogorszył i s. Marcina wróciła do Lasek – do szpitalika. Gdy się podleczyła, ponownie na kilka miesięcy pojechała do Szczawnicy, a następnie powróciła do Lasek i zaczęła pracę w kuchence Domu Rekolekcyjnego. „Cieszyłam się, – wspominała s. Marcina – że w kuchence chociaż czasem będę mogła coś upitrasić, ale niewiele mogłam zrobić. Sercem tęskniłam – chciałam być użyteczna, ale to nie bardzo wychodziło, bo ja po niewielkim nawet wysiłku szukałam stołka, żeby usiąść”. Następnie piętnaście lat należała do Domu św. Franciszka. Mieszkała naprzeciwko – w Domu św. Antoniego i głównie miała dyżury na furcie. Na oddział chorych sióstr w Domu św. Rafała przeszła w grudniu 2015 roku.

Niezwykle ważnym wydarzeniem w życiu duchowym s. Marciny były spotkania modlitewne z Pismem świętym w Domu św. Franciszka, prowadzone przez ks. prof. Antoniego Troninę. W momencie gdy słabły siły fizyczne siostry, rosła potrzeba modlitwy. „Wydawało mi się, – stwierdza siostra – że czas obecny jest czasem dla Pana Jezusa i że dlatego nie mogę służyć pracą, żebym służyła modlitwą. (…) Z tym pragnieniem modlitwy, poznania prawdy Jezusowej i przynależności do Boga, a także poznania siebie, do dziś czytam Ewangelię. Jest mi siłą dnia codziennego”.

Pozostała temu wierna do końca. Ostatni okres życia s. Marciny we wspólnocie św. Rafała był wypełniony głównie modlitwą i słuchaniem słowa Bożego. Ponieważ wzrok już nie pozwalał jej na samodzielne czytanie, słuchała całego Pisma świętego z kaset. W ostatnim półroczu na regularne czytanie Pisma świętego i duchowe rozmowy przychodziła do siostry s. Dąbrówka.

Siostra Marcina cieszyła się dobrym głosem i bardzo lubiła śpiewać. Szczególnie lubiła pieśń: „Bóg zaczyna i Bóg kończy, kochające serca łączy”. W domowej kaplicy podczas Mszy św. śpiewała z pamięci wszystkie pieśni, a także, oprócz refrenu, głośnym śpiewem całych zwrotek dołączała do siostry wykonującej psalm.

Promieniowała radością i miała bardzo dobry kontakt z s. Abhayą. Poruszała się na wózku, ale na ile tylko siły i sprawność pozwalały, starała się być w domu samodzielna. Czasami odwiedzający krewni zabierali siostrę na dłuższe spacery. Z pomocą sióstr zawsze uczestniczyła w kaplicy Matki Bożej Anielskiej w niedzielnych Nieszporach i adoracji Najświętszego Sakramentu oraz wszystkich uroczystościach kościelnych i zakonnych. W Wigilię 2017 roku, po kilku latach przerwy spowodowanej słabnącym zdrowiem i brakiem siły, bardzo chciała w uczestniczyć we Mszy świętej o północy (Pasterce) i była szczęśliwa, że „dała radę”.

Ostatnia niedziela, 11 marca, była podobna do innych. Po południu siostra modliła się w domowej kaplicy. O godz. 16:00 uczestniczyła w dużej kaplicy w Nieszporach, adoracji i Gorzkich żalach. W drodze do kaplicy – po długim zimowym okresie niewychodzenia z domu – cieszyła się świeżym wiosennym powietrzem. A wracając do domu troszczyła się o siostrę, która ją wiozła i pytała, czy się nie zmęczyła. Kiedy po powrocie do domu udawała się do refektarza na wspólną kolację, nagle poczuła się bardzo słabo. Dyżurujące panie pielęgniarki położyły siostrę do łóżka, ale już przestawała oddychać. Przy odchodzącej siostrze zebrała się na modlitwie cała wspólnota, doszedł ks. Edward Engelbrecht i udzielił siostrze absolucji. Była godz. 18:15 – w dużej kaplicy trwała Msza święta.

Na eksportację o godz. 21:00 przyszło wiele sióstr i sporo mieszkańców Lasek. Dojechała z Warszawy m. Radosława. Obecny był też ks. Waldemar Kluz. Modlitwę poprowadził ks. Kazimierz Olszewski, który powiedział m.in: „Siostra Marcina po niedawnym wpatrywaniu się w Oblicze Pana Jezusa i rozpamiętywaniu Jego Męki w Gorzkich żalach – przeszła już, aby oglądać Oblicze Pana Jezusa Zmartwychwstałego”. Była to niedziela „Laetare”.

Znamienne były słowa, które s. Marcina wypowiedziała podczas ostatniej domowej lekcji w sobotę: „Musimy pamiętać, że przyszłyśmy tu z miłości do Pana Jezusa i tej miłości powinno być coraz więcej w naszych Domach”. Siostra Marcina pozostawiła świadectwo radosnej i wiernej służby Panu Jezusowi do końca.