Pół roku od ogłoszenia deketu o heroiczności cnót Czcigodnej Sługi Bożej Matki Elżbiety Czackiej – 5 czerwca 2018 r. – w siedzibie Kurii Warszawsko-Praskiej odbyła się sesja końcowa w procesie o domniemanym cudzie za wstawiennictwem Matki Elżbiety Czackiej. Sesji przewodniczył ks. bp Romuald Kamiński.

Tym samym zostało zamknięte postępowanie na terenie diecezji, gdzie miał miejsce domniemany cud, a zapieczętowane akta zostaną w najbliższym czasie przekazane do Kongregacji ds. Świętych w Watykanie.

Z nadzieją i pokorą nie ustawajmy w modlitwie o dar rychłej beatyfikacje Matki Elżbiety Czackiej – Niewidomej Matki Niewidomych…

 

Dziękując Bogu za dar osoby naszej Założycielki, w kolejnej odsłonie spójrzmy na tę, która przez własne cierpienie oddane Bogu, pomogła wielu ludziom przyjąć brak wzroku fizycznego i duchowego, oraz trudne doświadczenia życiowe. Zobaczmy portret pisany na podstawie wspomnień ludzi, którzy ją znali osobiście…

 

o utracie wzroku…

Mówiąc o Matce – trzeba mieć odwagę. Co mi tę odwagę daje? Przede wszystkim wdzięczność jaką mam dla Matki. Wdzięczność ta każe mi dziś choć tak moje uczucia uzewnętrznić: swoją odwagą mówienia o sprawach tak niewyrażalnych jak postać Matki.

Matka odwagę ceniła w ludziach. Sama była taka odważna. Całe jej życie, każda chwila była odważna. Świadoma realizacja tego zobowiązania, jakie podjęła, jako młoda dziewczyna – wtedy, w ciągu tych trzech dni, jakie spędziła, sama w swym pokoju po dowiedzeniu się wyroku: – że będzie niewidomą.

Jakże dobrze pamiętam zdaje mi się, że słyszę głos Matki – głos przepełniony wdzięcznością do lekarza, który jej ten wyraźnie sformułował.

„Inni lekarze – mówiła Matka nasi i zagraniczni, do których mnie wożono, łudzili nadziejami, że wzrok da się odzyskać. Ale on jeden tylko, dr Gepner rozumiał, jak ważną rzeczą było jasno powiedzieć: nie będzie Pani widziała. Jeszcze może jakieś trzy miesiące…”.

Pamiętam dobrze, że po usłyszeniu tego wyroku zamknęła się na trzy dni w swoim pokoju nikogo do siebie nie wpuszczając.

„A potem – opowiadała swoim jasnym, pogodnym głosem – otworzyłam drzwi i powiedziałam swojej „pannie służącej”: pakujemy się i jedziemy za granicę. Muszę się nauczyć jak trzeba się opiekować niewidomymi.

Tak jak dr Gepner był moim wielkim dobroczyńcą – powtarzała Matka – tak największym moim szczęściem jest to, że jestem niewidomą. Cóż by ze mnie było, gdyby nie to kalectwo? Jakie byłoby moje życie bez niego?”

Ale o tym jakie walki toczyła ze sobą przez te trzy dni zamknięcia w samotności ta młoda dziewczyna rozpoczynająca życie, przyzwyczajona przez wychowanie do komfortu, do zaspokajania wszystkich swych potrzeb zamożnego życia – o tym nie wspominała.

Pomyśleć, ile musiała wykrzesać z siebie odwagi tak uderzona młoda dziewczyna, żeby tak całkowicie przez te dni szamotania się ze swoim nieszczęściem wyjść z tej walki z jasną twarzą i rozpocząć na nowo życie.

Janina Doroszewska

 

pierwsze powołania…

Jak przyszłam do zgromadzenia w roku 1932, to mnie od razu uderzyło to, że Matka była bezpośrednia i dostępna. Nie odczuwało się, żeby jakąś różnicę robiła między siostrami. Matka jak rozmawiała ze mną, to tak słuchała, jakby poza tym nic nie miała do roboty. Dawała swobodę wypowiedzenia się – tak jakby to był najważniejsze. Nawet jak się skończyło rozmawiać to Matka jeszcze pytała: „Czy jeszcze masz coś do powiedzenia?”. Nie dawała poznać, że była bardzo zajęta, że nie ma czasu.

Drugą cechą było to, że nigdy nie zauważyłam, żeby Matka się uniosła, wybuchła. Powiedziała czasem coś głosem stanowczym, ale nie unosiła się.

+

Nieraz jak się żaliłam, podniecona, roztrzęsiona przychodziłam do Matki skarżąc się na kogoś, to Matka wysłuchała, a później mówiła: „Moje dziecko, idź teraz, pomódl się, ja też się pomodlę, a przyjdź jutro, czy pojutrze z tą sprawą”. Potem jak się poszło po paru dniach rozmawiać: i Matka zapytała o sprawę, to nie miało się o czym rozmawiać, wszystko jakby się rozwiało.

s. Czesława Mackiewicz

 

rozmowy – modlitwa…

Nie mówiło się z Matką o Bogu, o modlitwie, tylko razem się modliło. W czasie Mszy św. Antoni Marylski czytał głośno teksty Mszy św. Wieczorem odmawiał egzorcyzm. Nie słyszałam, by Matka mówiła o modlitwie. To był czas wielkiej powściągliwości w mówieniu o tej dziedzinie.

W rozmowie Matka nigdy nie mówiła  ” j a „.

Zofia Morawska

 

cechy charakteru…

Autorytet Matki jako człowieka, Matki i przełożonej był tak wielki, że chyba nikomu nie przyszło na myśl i nie posłuchać z miłością.

Matka sama mówiła: „moim siostrom wystarczy najdelikatniejszy ruch, że sobie czegoś życzę”. Nikt nie odczuwał w Matce narzucania swojej woli. Będąc tak wyjątkową i silną osobowością, na nikogo nie wywierała nacisku. Ten obiektywizm Matki był uderzający. Przez cały ciąg życia w Laskach ośmieliłam się dwa razy zapytać skąd się to w Matce bierze.

Raz odpowiedziała, nie przecząc prawdzie tego obiektywizmu, że pamięta chwile, kiedy nagle – miała lat 13 – 14 – w salonie w Koniuchach zrozumiała odpowiedzialność za swoje życie. Uklękła przed obrazem Matki Bożej i modliła się długo. Gdy potem kiedyś znów zapytałam Matka odpowiedziała: „Widzisz moja droga, czytałam w młodości książkę Woltera, ale nie tego filozofa tylko szwajcarskiego pisarza. Była tam rozdział o żądzy władzy. Autor bardzo się na to oburzał. Bo i rzeczywiście – pomyśl, jakie to straszne chcieć, żeby  naszą wolę wypełniano, a nie Bożą. To był protestant. Książka była bardzo dobra.”.

Matka świadomie, od wczesnej młodości zwalczała w sobie wszelkie pragnienie władzy, modliła się o łaskę, by tylko wolę Bożą spełniać. Stąd ten obiektywizm.

s. Katarzyna Steinberg

 

rok po śmierci…

Miłowała Boga całe życie. Ponad wszystko, ponad wszystkie sprawy ludzkie. I dlatego Boga niezawodnie posiadła. Wierzymy w to mocno.

Wszedłszy sama w taki już bezpośredni, najbliższy, całkowity kontakt z Bogiem, już nie musi wysłuchiwać gdzieś, już nie musi szukać oczu ziemskich, bo już jest cała ogarniona tym światłem do którego tęskniła, do którego szła. Światłem, którego my tu nie rozumiemy, bo my wszyscy jesteśmy niewidomi tam, gdzie chodzi o światło Boże. My wszyscy w tej dziedzinie jesteśmy na równych prawach.

I Ona jest dzisiaj jedna widząca, a my wszyscy niewidomi.

ks. Aleksander Fedorowicz

(Źródło: Szkic portretu Matki Elżbiety Róży Czackiej we wspomnieniach)