Dnia 20 grudnia 2018 roku odeszła do Pana nasza Siostra –

ŚP. SIOSTRA Maria Tabita

od Męki Pańskiej

Maria Magdziarz

– w 89. roku życia; 69. roku życia zakonnego; 67. profesji zakonnej.

Msza święta pogrzebowa była sprawowana w sobotę, 22 grudnia, o godz. 13:00 w kaplicy Matki Boskiej Anielskiej w Laskach. Po Mszy świętej – pogrzeb na cmentarzu zakładowym.

PANIE, PRZYJMIJ JĄ DO SWOJEJ ŚWIATŁOŚCI.

„Siostry […] przez całe życie oddają cześć Bogu, aby Go kochać i wielbić kiedyś w niewypowiedzianym szczęściu”.                                                                                                              

Matka Elżbieta Czacka

Siostra Maria Tabita urodziła się 20 sierpnia 1931 roku w Szczebrzeszynie, jako Miriam – córka Estery i Godela Mandelkier. Rodzice byli właścicielami dużego sklepu wielobranżowego.

Według oficjalnych dokumentów urodziła się 16 marca 1929 roku we wsi Sąsiadka, parafia Krupe, na Zamojszczyźnie. A rodzicami byli Jan i Helena ze Stodólskich. Do przyjęcia nowej tożsamości – Marii Magdziarz – prowadziła bolesna droga życia dotkniętego utratą rodziny, ukrywaniem swego pochodzenia i prawdziwego nazwiska ze względu na groźbę śmierci w okresie drugiej wojny światowej w wyniku planowej eksterminacji narodu żydowskiego przez nazistów.

Jej dzieciństwo było początkowo sielskie. Miała liczną, kochającą rodzinę: oprócz wspomnianych rodziców, jeszcze trzech braci: o dwa lata starszego Judę i dwa lata młodszych bliźniaków: Aronka i Srulka, który zmarł mając dwa lata, poza tym – ukochanych stryjków i ciocie. Siostra Tabita zapisała:

„Mama była bardzo ładną kobietą i pamiętam, że lubiła się ładnie ubierać. Była brunetką, średniego wzrostu, miała drobne, delikatne rysy twarzy i piękne, czarne, duże oczy. Ojciec był dość wysoki, ciemny blondyn, taki trochę zwalisty, ale rysów semickich zupeł­nie nie miał. Bracia byli podobni do Ojca.

Wczesne dzieciństwo, do czasu wybuchu wojny, miałam bardzo szczę­śliwe. W domu niczego nie brakowało. Rodzice byli dość zamożni, kochali nas, atmosfera w domu była wspaniała. Bardzo mile wspomi­nam życie towarzyskie moich rodziców. W dni świąteczne byli u nas ciągle jacyś goście i my też byliśmy ciągle gdzieś zapraszani. Przypomniały mi się manewry wojskowe w 1936 czy 37 roku. To było takie poważne wydarzenie, wszyscy o tym mówili, a manewry odbywały się na polach za miastem. Było to w zimie i w wolnych chwilach żołnierze przychodzili się ogrzać w najbliższych domach. Pamiętam, że mama była bardzo gościnna dla nich, częstowała wszy­stkim, co miała w domu, a żołnierze nosili mnie na rękach.

[…] Rodzice byli religijni. Pamiętam, że wszystkie święta żydowskie były u nas uroczyście obchodzone. Ojciec uczęszczał bardzo często do synagogi, a kobiety tam nie wchodziły – poza jakimiś wyjątkowy­mi sytuacjami – zresztą niewiele z tego zapamiętałam. W domu miałyśmy prywatnego nauczyciela, który nas uczył języka hebrajskiego. Okropnie tego nauczyciela nie lubiłam, zawsze cze­kałam, kiedy ta lekcja się skończy.

Jako dziecko byłam bardzo wrażliwa na ludzką biedę i kochałam zwierzęta. Pamiętam, że obok nas mieszkała rodzina katolicka, która żyła w nędzy. Mama pomagała im, ile mogła, a ja wynosiłam ze sklepu, co się tylko dało. Dostawałam za to lanie, ale niewiele to skutkowało”.

Przed wojną Masia (tak zdrobniale w domu nazywano dziewczynkę) zdążyła ukończyć pierwszą klasę, do drugiej już nie mogła pójść. Niedługo po wkroczeniu Niemców do Polski, rodzina musiała opuścić dom i sklep. Przenieśli się do pobliskiej wsi Sułówek. Zamieszkali w wynajętym od gospodarza domu – w jego jednej części. W drugiej części ojciec otworzył sklep spożywczy. Masia uczęszczała tu do wiejskiej szkółki. S. Maria Tabita wspominała po latach:

„W 1941 roku zaczęły się na Zamojszczyźnie, niedaleko nas, pacyfi­kacje całych wiosek. Pamiętam, że przeżyłam prawie «sądny dzień», kiedy Niemcy otoczyli całą wieś Sułówek, spędzili wszystkich mę­żczyzn na łąki i «dziesiątkowali». Wszystkich tych mężczyzn wywieźli i żaden z nich nie wrócił. Mój ojciec wyjechał akurat w tym dniu i uniknął tego. Rozwieszono ogłoszenie, że akcja zosta­ła przeprowadzona jako odwet za rzekome zamordowanie dwóch Niemców przez partyzantów. W tym dniu wpadło do naszego domu sześciu gestapowców. Szukali ojca. Zapytali, czy jesteśmy rodziną żydowską. Mama odpo­wiedziała, że tak. Usiedli na takiej długiej ławie i patrzyli na nas niesamowitym wzrokiem, a my umieraliśmy ze strachu.

W niedługim czasie rozpoczęły się masowe wywożenia Żydów i egzekucje. Bracia mojego ojca, młodzi chłopcy, byli doskonale poinformowani i zorientowani w sytuacji i prowadzili długie rozmowy z rodzicami – nakłaniali nas do wyjazdu”.

Z opowiadania s. Tabity wynika, że rodzice nie zdecydowali się na wyjazd, czego później mieli gorzko żałować, a w konsekwencji przypłacić życiem… Dziewczynka była świadkiem wstrząsających wydarzeń:

„Wreszcie, któregoś wieczoru wpadło do nas dwóch Niemców i jeden Polak – Volks. Niemcy stali, a on rzucił się na ojca i zaczął bić do nieprzytomności. My dzieci i mama zaczęliśmy okropnie płakać i krzyczeć, usiłowaliśmy bronić ojca. Mamę i brata tak mocno uderzył, że upadli nieprzytomni, a ja wybiegłam z domu, zaczęłam uciekać do sąsiadów i prosić o ratunek. Podobno w momen­cie gdy do nich wchodziłam, byłam tak zmieniona, że mnie z tru­dem poznali. To było takie dosłowne umieranie ze strachu. Sąsiedzi oczywiście nie poszli na ratunek, bo wiadomo było, kto przyszedł do naszego domu.

Tego samego wieczoru zabrali nam wszystko: pieniądze, meble, ubra­nia. Zostaliśmy prawie w tym, co mieliśmy na sobie (trochę pienię­dzy ojciec jeszcze gdzieś miał). Kierował tą akcją Polak, którego ojciec dobrze znał. Niemcy, o dziwo, zachowywali się spokojnie, jakby spełniali jego rozkazy.

[…] Ponieważ ojciec nie miał czym płacić za duży dom, który zajmowa­liśmy, przenieśliśmy się do sąsiedniej wioski – Kitowa. Tam zamieszkaliśmy w drewnianej szopie, zimnej, nie ogrzewanej. Na dole była olejarnia. Gospodarze wyrabiali tam olej z rzepaku i lnu, a my zamieszkaliśmy w jednym pokoju na górze. Ojciec trochę zarabiał i tak żyliśmy w skrajnej biedzie jeszcze kilka miesięcy”.

Dla oddania pełnego obrazu życia s. Marii Tabity trzeba jeszcze wrócić do czasu, gdy rodzina mieszkała w Sułówku – wtedy to dziewczynka zaczęła interesować się wiarą katolicką. Dzięki przyjaźni z 17-letnią Janką i poprzez jej opowiadanie poznała życie Pana Jezusa i zakochała się w Nim:

„Szczególnie mękę i śmierć Chrystusa tak przeżyłam, że nie mogłam o niczym innym myśleć. Modliłam się dużo, tak, jak mnie Janka nauczyła i zadawałam sobie różne umartwienia. To była wielka łaska Boża, przyjęta gorącym dziecięcym sercem. […] «Katechezy» Janki były tak silnym przeżyciem dla mnie, że jako dziewięcioletnie dziecko postanowiłam uciec z domu i przyjąć wiarę kato­licką”.

Cała ucieczka, w której zorganizowaniu pomogła koleżanka, trwała dwa tygodnie. Do chrztu w tym czasie nie doszło, a Masia, ukrywająca się w odosobnieniu, tęskniła za rodziną. Z radością więc wróciła z mamą do domu, gdy ta ją w końcu odnalazła. Na tej „przygodzie” nie zakończyła się jednak przyjaźń z Jezusem i nie ustało pragnienie chrztu. Dziewczynka zaczęła wkrótce uczęszczać – w tajemnicy przed rodzicami – na katechezy do sąsiedniej wioski, gdzie był kościół katolicki i kapłan.

Całymi dniami żyłam tym, co mi ksiądz powiedział i myślałam, jak uciec z domu na następną lekcję. To wymagało ode mnie prawie heroizmu, gdyż odległość wynosiła około dwa kilometry w jedną stronę, lekcja trwała około godziny i to wszystko musiałam zmieścić w ramach mojego czasu przeznaczo­nego na zabawy z dziećmi. Po wspomnianej ucieczce byłam bardziej pilnowana przez rodziców i starszego brata. Pamiętam, że przez cały czas trwania lekcji klęczałam przed księ­dzem ze złożonymi rękami, jak do modlitwy. Ksiądz początkowo usiłował nakłonić mnie, żebym słuchała siedząc, ale później, widząc moją wielką gorliwość, pozwolił mi klęczeć.

Te lekcje były dla mnie największą radością na świecie. Pamiętam, jak biegłam do domu przez łąki i byłam tak szczęśliwa, że byłam gotowa na wszystkie konsekwencje ze strony rodziców. Nic nie pomagały «lania», które dostawałam, bo sprawa oczywi­ście szybko wyszła na jaw. Nie potrafię tego określić, ale to był okres wielkich łask Bożych, wielkie pragnienie Boga. Czułam tak blisko obecność Bożą – mojego Pana Jezusa, szłam i całą drogę z Nim rozmawiałam”.

Tęsknota za tym, by należeć do Jezusa nie opuszczała dziewczyny, a nawet wzrastała w miarę rosnącego zagrożenia życia. Siostra Tabita zanotowała:

„Pragnienie przyjęcia chrztu było we mnie tak silne, że zbliżająca się śmierć, której spodziewali­śmy się każdego dnia była niczym. Modliłam się ciągle gorąco do mojego Pana Jezusa, żeby mi dopomógł przyjąć chrzest i Pierwszą Komunię świętą, a później mogę iść z rodzicami na śmierć”.

Później, gdy rodzina mieszkała już w Kitowie żyjąc w skrajnej nędzy, dziewczynka została posłana do pracy u sąsiadki, gdzie wypasała krowy. Ze względu na sytuację, chodzenie na katechezy było coraz trudniejsze, dlatego kiedyś podzieliła się z gospodynią swoim pragnieniem przyjęcia chrztu i obawą, że nie zdąży przez wywózką. Siostra zapamiętała dzień, w którym spełniło się jej pragnienie:

„Sąsiadka zabrała mnie do swojego domu, zaprowadziła do stodoły i tam bardzo wzruszona (wzięła z domu święconą wodę), płacząc ochrzciła mnie. Zdążyłam jeszcze kiedyś pobiec do księdza i powiedziałam mu o tym. Trochę miałam wątpliwości, czy ten chrzest jest ważny. Ksiądz uspokoił mnie, że chrzest był ważny. Udzielił mi pierwszej komunii świętej i pożegnał się ze mną serdecznie, po ojcowsku. Bał się mojego przychodzenia, żebym nie zginęła w drodze, a może bał się też o siebie? Modlę się często za tego księdza i do tej pory mam dla Niego wiele wdzięczności (nazywał się Bulak)”.

Wkrótce po tym wydarzeniu rodziców i braci wywieziono do Tworyczowa. Dziewczynka była w tym czasie w pracy u gospodyni. Zastanawiała się później, dlaczego gdy zabierano całą rodzinę, nikt jej nie szukał, mimo że cała wieś wiedziała, gdzie się znajduje. Planowała zresztą nieco później odwiedzić rodziców, jak to robiła codziennie. Już nie miała szansy na spotkanie… Te tragiczne wydarzenia na trwałe zapisały się w pamięci siostry s. Marii Tabity:

„To były straszne dni dla mnie. Miałam dokładne informacje, że mają przywieźć następne transporty Żydów i będzie wspólna egzekucja. Byłam jeszcze dwa dni u tej gospodyni. Na drugi dzień po południu pasłam krowy, nagle usłyszałam długie serie strzałów w lasach naprzeciwko. Wydawało mi się, że serie strzałów trwały około pół godziny. Intuicyjnie wyczułam, że teraz giną moi najbliżsi: rodzice i bracia. Aronek miał sześć lat. I rzeczywiście dowiedziałam się bardzo szybko, że tak było, bo Niemcy spędzili mężczyzn z Kitowa do zakopywania zabitych. Rozpaczałam tak, że straciłam przytomność i podobno długo leża­łam na łące, zanim ją odzyskałam.

[…]  Moi rodzice i bracia leżą we wspólnej mogile w lasach tworyczowskich, niedaleko Szczebrzeszyna, gdzie mieliśmy bardzo bliską i kochaną rodzinę”.

Następnego dnia dziesięcioletnie, samotne dziecko musiało opuścić gospodarzy, którzy obawiali się o swoje bezpieczeństwo.

„Dostałam na drogę trochę jedzenia, jakąś kurtkę na siebie (był to koniec października) i wyszłam z domu. Zupełnie nie wiedziałam, w którą stronę iść i co z sobą robić. Byłam całkowicie bezradna. Skierowałam się na łąki, bo tam nikogo nie było i zaczęłam strasznie płakać i ciągle powtarzałam: Panie Jezu, dlaczego mnie zostawiłeś? Dlaczego nie zginęłam z rodzicami? Wszystko było tak straszne, że nie umiałam dziękować za cud ocalenia mi życia. Doszłam do dużej kępy drzew i krzewów na łące, jakieś może dwa kilometry od domu gospodyni i pomyśla­łam sobie, że nigdzie stąd nie pójdę, że będę tu siedzieć i modlić się, aż umrę. W każdym szumie wiatru, w każdym szeleście liści i traw słyszałam moje imię, jakieś nawoływanie, że ktoś za mną krzyczy, że mnie szuka. Czułam się osaczona ze wszystkich stron. Z płaczu i przeżycia musiałam mieć wysoką temperaturę, miałam silny ból głowy i niesamowite dreszcze.

W tych krzakach siedziałam dwie doby. Noce były tak zimne, że cała dygotałam (były już przymrozki). Wreszcie trzeciego dnia pomyślałam sobie, że pójdę do tych samych gospodarzy w nocy i zagrzeję się choć trochę w oborze u krów, które ostatnio pasłam. […] Poszłam więc do tej obory i pamiętam, jak uwiesiłam się na karku jednej z krów i mówiłam do niej, jak do człowieka, że tylko was się nie boję, że tylko wy jesteście mi w tej chwili najbliższe na świecie, i oczywiście strasznie płakałam”.

Ponad tydzień ukrywała się w stogu siana w pobliżu tego gospodarstwa, nie mając dokąd się udać i nie wiedząc co ze sobą zrobić.

„Wreszcie, kiedy byłam już u kresu sił, co chwilę robiło mi się słabo z głodu, miałam silne dreszcze, ból uszu i zaczęłam okropnie kaszleć, zdecydowałam się wyjść. Zupełnie nie wiedziałam, co z sobą zrobić, bałam się prawie własnego cienia. […] kiedy się tak gorąco modliłam, przyszła mi myśl, że nie­potrzebnie się tak męczę. Jestem już chrześcijanką, czego tak bardzo pragnęłam i mogę już umrzeć. Postanowiłam pójść do wsi, z myślą, że na pewno mnie tam Niemcy zobaczą i zabiją”.

Dziewczynkę przyjęła najpierw na kilka miesięcy jedna uboga rodzina, podleczyła i podkarmiła, mimo że sami biedowali. Potem ukrywała się w innym nieco zamożniejszym domu pod troskliwą opieką religijnych gospodarzy, którzy starali się wynagrodzić jej trudne przeżycia. Gdy wróciło zagrożenie – dla niej samej i ukrywającej ją rodziny, dzięki Bożej i ludzkiej pomocy dziewczyna – już z metryką Marii Magdziarz – trafiła do Krasnegostawu na plebanię do ks. Prałata Malinowskiego, a następnie latem 1945 roku do domu państwa Lembów we wsi Rudki, pięć kilometrów od Krasnegostawu, którzy przyjęli ją i pokochali jak własne dziecko. Już po zakończeniu wojny, pomogli jej uregulować oficjalnie przynależność do Kościoła. W parafii w Krupem przyjęła chrzest i została wpisana do ksiąg parafialnych pod datą 10 lipca 1946 roku, a jej opiekunowie zostali też rodzicami chrzestnymi. Przebywała z nimi kilka lat. Po śmierci przybranego ojca wyjechała najpierw do Łodzi, gdzie pracowała w Caritasie akademickim i zaczerpnęła trochę atmosfery spotkań duszpasterskich prowadzonych przez o. Tomasza Rostworowskiego, jezuitę.

Dzięki pewnej wizycie w Żułowie w towarzystwie matki chrzestnej Marysia poznała s. Marię Gołębiowską. To spotkanie po jakimś czasie zaowocowało decyzją o wstąpieniu do zgromadzenia. Siostra zapisała:

„Przeżyłam już dość przez te swoje 18 lat, wydawało mi się, że mogę podjąć dojrzałą decyzję, a w całej tej ostatniej sytuacji widziałam wyraźnie ingerencję Bożą. Powiedziałam sobie: «Panie Jezu, poznaję znowu Twoją mocną rękę, która mnie prowadziła od dziewiątego roku życia, mocną, ale kochającą. Jeżeli chcesz mnie mieć w zgromadze­niu, to już idę». I poszłam”.


Przyjechała do Lasek 22 października 1949 roku i do postulatu została przyjęta 21 listopada. Do nowicjatu przeszła 14 sierpnia 1950 roku. Pierwszą profesję złożyła 24 października 1951, a śluby wieczyste – 24 października 1957 roku.



We wspomnieniach z okazji jubileuszu 50-lecia profesji zakonnej w 2001 roku s. Maria Tabita wspominała swoje pierwsze spotkanie z Laskami:

„Po drodze s. Regina [Borakowska] mówiła mi o Laskach, a szczególnie zachwycała się kaplicą i mówiła, że to jeden z najpiękniejszych kościółków w Polsce. Szłam coraz bardziej zainteresowana Laskami; nigdy przedtem w Laskach nie byłam. Weszłyśmy do kaplicy, kiedy siostry nowicjuszki sprzątały – odsuwały ławki, posypywały podłogę mokrym piaskiem. Uklękłyśmy z boku i wtedy przyszła mi taka myśl, że ten kościółek jest piękny tylko dlatego, że podobnie wyobrażam sobie Stajenkę betlejemską”.

W ten sposób rozpoczął się piękny etap życia s. Marii Tabity całkowicie oddanego służbie Bożej poprzez osoby niewidome. Po krótkim okresie aspiratu, welonik postulancki otrzymała w dzień Ofiarowania Matki Bożej, 21 listopada 1949 roku, z rąk Matki Czackiej:

„Wszystko odbyło się w pokoju Matki Założycielki. […] Mateńka siedziała w fotelu […] Nikt mi nie powiedział, jak mam się zachować wobec Matki Założycielki. Wobec tego uklękłam na oba kolana, złożyłam ręce, jak do modlitwy i zauważyłam kątem oka, że s. Maria z s. Katarzyną patrzą na siebie i uśmiechają się. Ale Matka szybko mi pomogła. Pocałowała mnie w czoło, zrobiła krzyżyk i zapytała: «Jak ty się, dziecko, czujesz w Laskach?». Powiedziałam, że bardzo dobrze. Pytała mnie o pracę w Hoteliku, bo wtedy tam pomagałam, o niewidome Panie, czy z nimi mam kontakt. Później modliłyśmy się razem do Ducha Świętego. Mateńka nałożyła mi welonik i powiedziała jakoś tak: «Niech Ci Pan Jezus błogosławi, kochaj Go i służ Mu jak najlepiej»… Potem była jeszcze jakaś chwila rozmowy, pomodliłyśmy się razem i tak odbyła się moja pierwsza uroczystość zakonna”.

Przez cały okres postulatu s. Maria Tabita pracowała w kuchni – po kilka miesięcy w Domu św. Stanisława i kuchni centralnej. W tym okresie też przyjęła w Laskach sakrament bierzmowania z rąk ks. Prymasa S. Wyszyńskiego 10 czerwca 1950 roku. Jej świadkiem była s. Maria Gołębiowska, która też została w międzyczasie kierowniczką postulatu po siostrze Bonawenturze Statkowskiej.

Nowicjat odbywała s. Tabita w Domu św. Pawła, wtedy jeszcze parterowym budynku, w części zamieszkanym przez rodzinę pp. Józefowiczów (niewidomy nauczyciel z żoną i dwoma synami). Mistrzynią nowicjatu początkowo była s. Joanna Lossow, a potem (po dwu miesiącach) po raz kolejny towarzyszyła jej jako formatorka, ale i osoba bliska sercu – s. Maria. Nowicjuszki, a więc i s. Tabita, najczęściej pomagały w Domu Rekolekcyjnym, który mieścił się wtedy w jednym budynku: przy sprzątaniu, zmywaniu naczyń, a czasem przy podawaniu gościom.

Po pierwszej profesji przez kilka lat pracowała jeszcze s. Maria Tabita w działach gospodarczych, a w 1954 roku podjęła naukę w czteroletnim liceum ogólnokształcącym dla zakonnic prowadzonym przez urszulanki Unii Rzymskiej w Krakowie. Stamtąd dojeżdżała do Lasek na święta i ferie. Tam też uczestniczyła w uroczystości sakry biskupiej Karola Wojtyły, który zainteresował się grupą ok. stu uczennic–sióstr z różnych zgromadzeń, udzielił swego błogosławieństwa i obiecał odwiedzić „u urszulanek”. Potem celebrował Mszę św. po zdaniu matury i rozdawał świadectwa maturalne: „Każde z nich brał do ręki, czytał sobie po cichu oceny, a potem dawał nam świadectwa – składał życzenia i robił krzyżyk na czole”. Dzięki zaliczonym dodatkowym egzaminom siostra otrzymała jednocześnie dyplom uprawniający ją do nauczania katechezy w szkole podstawowej.

Prawie całe życie zakonne s. Marii Tabity było jednak związane z naszymi wychowankami niewidomymi: z dziećmi, młodzieżą w internacie lub z dorosłymi. Od 1958 przez długie lata, bo aż do 1980 siostra służyła jako wychowawczyni w internacie dziewcząt (od 1974 roku będąc jego kierowniczką). Przez te lata współpracowała z wybitnymi pedagogami, m.in. Zygmuntem Serafinowiczem, Henrykiem Ruszczycem, s. Moniką Bohdanowicz, s. Julią Łukjaniec, s. Michaelą Galicką, s. Iwoną Cukiert, s. Germaną Morawską, Stefą Skibówną, Elżbietą Arentowicz. Pracę w grupie zaczynała z s. Miriam Isakowicz, a kierowniczką była przyszła matka Maria Stefania Wyrzykowska. Wszystkie te osoby s. Tabita wspominała z wdzięcznością i szacunkiem, doceniając całą pedagogiczną spuściznę, jaką się z nią dzielili i ubogacali. W ogóle wspomnienia jubileuszowe s. Marii Tabity to bogate świadectwo życia zakorzenionego w charyzmacie Lasek, wrażliwego serca otwartego zarówno na sprawy duchowe, jak i ludzkie potrzeby i bogactwo osobowości.

W 1980 roku s. Tabita podjęła przez sześć lat posługę przełożonej Domu św. Franciszka, którego rozbudowa i remont się rozpoczęły. Należały wtedy do wspólnoty 64 siostry, niektóre z nich pracowały w Domu św. Teresy. Ponadto zadaniem przełożonej było dopilnowanie remontu Domu św. Elżbiety, doglądanie szpitalika, służby zdrowia, cmentarza. Nie urwał się też kontakt siostry z pracującymi byłymi wychowankami.

Lata 1986-1990 spędziła siostra w Żułowie, 3 lata jako przełożona i rok jako odpowiedzialna za jedno ze „skrzydeł” w nowo wybudowanym „Domu nadziei”, dokąd przenosiły się stopniowo mieszkanki domków.

W 1990 roku s. Maria Tabita wróciła na pięć lat do internatu dziewcząt, tym razem w roli przełożonej wspólnoty zakonnej. Łącznie przeżyła siostra w tym domu 27 lat. Z tej wspólnoty w kolejnych latach 3 siostry wyjechały do nowo powstających placówek na Ukrainie, a s. Tabita troszczyła się o zdobywanie potrzebnych produktów i utworzyła w domu bazę „misji” ukraińskiej.

Po kapitule w 1995 aż do 2016 roku s. Maria Tabita, przynależąc do Domu św. Franciszka, niezmordowanie służyła absolwentom ośrodka: podejmowała ich w Laskach, organizowała pomoc lub pracę, spotykała się w ramach Działu Absolwentów, była zawsze do dyspozycji.

W lutym 2016 roku, ze względu na pogarszający się stan zdrowia, siostra przeszła do Domu św. Rafała. Siostra Maria Tabita do ostatnich tygodni życia utrzymywała żywy kontakt z niewidomymi, którzy często ją odwiedzali. Dokładnie pamiętała imiona wszystkich oraz ich najbliższych, interesowała się ich życiem. Cieszyła się odwiedzającymi ją siostrami. Pragnęła i potrzebowała, by ktoś był przy niej obecny cały czas. Szczególnym dniem były tegoroczne imieniny siostry, które zgromadziły ponad 40 niewidomych wychowanków siostry. Był to słoneczny majowy dzień. Po Mszy św. w intencji siostry, spotkanie z poczęstunkiem było w ogrodzie Domu św. Rafała. Wyrazów wdzięczności i serdeczności nie było końca. Każdy osobiście chciał siostrze okazać swoją miłość. Śpiewu i radości było wiele, chociaż wszyscy zdawali sobie sprawę, że może to już ostatnie takie spotkanie.

W dniach, kiedy kontakt z siostrą był już utrudniony, przekazywane jej pozdrowienia od niewidomych i innych osób przyjmowała z wdzięcznością.

Ostatnie dni były już cichym odchodzeniem. Stopniowo siostra przestawała przyjmować posiłki, twarz miała spokojną, pogodną i jasną. Wszystko stawało się wielkim oczekiwaniem na spotkanie z Panem.

Dnia 20 grudnia, w czwartek, w ostatniej godzinie życia siostry, a była to godzina miłosierdzia, licznie zgromadziły się przy niej siostry z różnych naszych domów, doszedł też ks. Kazimierz, by  uczestniczyć w pięknym, cichym odejściu siostry Marii Tabity do Domu Ojca.

Tego samego dnia, o godzinie 20:00, przy modlitwie licznie zgromadzonej wspólnoty Lasek, odbyła się eksportacja ciała naszej Kochanej s. Tabity.

***

Siostra M. Tabita dała się poznać jako osoba wielkiego serca, otwarta na drugich, zatroskana o ich potrzeby, zawsze gotowa pośpieszyć z pomocą i dobrym słowem, przez co zapisała wiele dobrych kart w życiu tych, których Bóg postawił na jej drodze. Mogą o tym dać świadectwo liczne pokolenia sióstr i niewidomych wychowanków. Taką s. Marię Tabitę miałyśmy szczęście znać…

Na pożegnaniu s. M.Tabity w kaplicy Matki Bożej Anielskiej w Laskach zgromadziło się bardzo liczne grono absolwentów Zakładu oraz współpracowników z Żułowa i Lasek. Jak podkreślił jeden z wychowanków: fenomenem było to, że s. M. Tabita towarzyszyła „swoim dzieciom” zawsze, uczestnicząc w ich życiu, dzieląc radości i trudy – i tak przez ponad 50 lat…

Wszechmogący Boże, zmarła siostra Maria Tabita dążyła do Ciebie drogą doskonałego naśladowania Chrystusa, którego umiłowała, spraw, aby się radowała, gdy się ukażesz w chwale, i razem ze swoimi siostrami miała udział w szczęściu wiecznym. Amen.

GALERIA