Uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata do liturgii wprowadził papież Pius XI encykliką Quas Primas z 11 grudnia 1925 r.

Zreformowana w 1969 roku liturgia przeniosła uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata na ostatnią niedzielę Roku Kościelnego. Ma to podkreślić, że wszystko, co rodzaj ludzki w nadprzyrodzonym i przyrodzonym porządku posiada i czego się spodziewa, ma swój początek i mieć będzie swój chwalebny koniec w Jezusie Chrystusie.

W naszym Zgromadzeniu w tym dniu, podczas porannej Liturgii Godzin odnawiamy śluby zakonne.

Sługa Boża Matka Elżbieta Czacka tak pisała w Dyrektorium o królowaniu Jezusa…

O Jezu, króluj, panuj, rządź i wykonywuj wolę swoją w każdym z nas i w całym Dziele. Amen.

To królowanie i panowanie Pana Jezusa w każdym z nas i, co za tym idzie, w Dziele całym nie powinno być i nie może być pustym i próżnym frazesem. Jest to ścisły, bardzo rzeczywisty i praktyczny program życia. Nie program mglisty i daleki, ale program konkretny i do realizowania na każdy dzień. Pan Jezus został na ziemi aż do skończenia świata, nie tylko żeby królować i panować na świecie z wysokości ołtarza w Przenajświętszym Sakramencie, ale chce królować i panować w każdej duszy z osobna, żeby móc królować i panować na całym świecie. Każdy człowiek ochrzczony w Kościele katolickim jest powołany do tego, by Pan Jezus zamieszkał w nim i wziął go w posiadanie swoje, by w nim żył, królował i panował. Pan Jezus pragnie i chce wziąć każdego człowieka w posiada nie swoje, i daje temu człowiekowi wszystkie po temu potrzebne łaski, ale musi Pan Jezus znaleźć w człowieku sprzymierzeńca, który razem z Nim walczy o to wzięcie siebie w posiadanie przez Boga-Człowieka. Walka jest długa, ciężka i krwawa, dopóki królowanie i panowanie Pana Jezusa nie ustalone i na dobre nie utrwalone. Później czuwanie stałe i porządkowanie do końca życia jest udziałem katolika.

Im bardziej panowanie i królowanie Pana Jezusa się utrwala, tym większe szczęście i tym większy pokój i radość wśród walki. Im człowiek bardziej poddany i uległy Bogu jako swemu Panu i Stwórcy, tym bardziej sam Bóg zwycięża w duszy i daje światło i siły do walki.

Każde przyjęcie Pana Jezusa w Komunii świętej powinno być coraz zupełniejszym poddaniem się człowieka pod Jego panowanie. Zamiast milczeć i słuchać Jego rozkazów w pokorze, ile czynności własnej, ile słów niepotrzebnych pod pretekstem modlitwy, w której się pycha i niezrozumienie roli sługi objawia. Samo przyjmowanie Pana Jezusa, tego żywego, żyjącego Boga-Człowieka, nie może być objęte z góry postanowionym szablonem. Chyba zrozumiałą jest rzeczą, że On powinien decydować, jak chce być każdego dnia przyjęty. Rzeczą sługi jest poddać swoją wolę i otworzyć swoją duszę i swoje ciało na roścież, by Bóg i Pan czynić mógł, co chce, i brać w posiadanie, co chce i w jakiej mierze chce. Tu na każde dwadzieścia cztery godziny program bardzo prosty, jasny i praktyczny. Usuwanie się na drugi plan wobec Pana Jezusa, milczenie wobec Niego a słuchanie Jego rozkazów, niewpuszczanie do duszy myśli niepotrzebnych, tym bardziej próżnych, oddanie swoich trosk i spraw do przemyślenia w sobie Panu Jezusowi, czekając w pokorze i z ufnością wyniku. Oddając Jemu głos, gdy potrzeba wystąpić na zewnątrz. W stosunku do bliźnich postępować jak z Nim samym. Jednym słowem pełnić wszystkie akty cnót, których wymaga na ten okres czasu od człowieka. To jest droga do tego, by móc żyć podług tego, co mówił św. Paweł: „Żyję ja, już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus”. Na to, żeby dojść do tego, trzeba wiele przecierpieć, trzeba wiele ofiar i wyrzeczenia się siebie z miłości ku Panu Jezusowi. Niestety, ile to razy dusze, powołane przez Boga do tej ścisłej służby Bożej, popełniają bałwochwalstwo, stawiając swoje zdanie, swoje upodobanie, swoją wygodę, swoje myśli na miejscu Pana Jezusa. Nieraz, zamiast ciszy i pokoju w duszy, ile hałasu z powodu wzburzonych namiętności. Okazja była do walki i zwycięstwa. Gdy pokusa nadchodziła, trzeba było natychmiast szukać ratunku i pomocy u Pana Jezusa, który przecie był tak blisko i tak pragnął pomóc, by zwyciężyć wspólnymi siłami. Tymczasem człowiek stawiał jakieś głupstwo na pierwszym planie. Sam chciał człowiek być na pierwszym miejscu. Człowiek w głupocie swojej, zaślepiony namiętnościami, wysuwa się na pierwszy plan, myśli, że sam sobie da radę, jeszcze dobrze, jeżeli walczy, ale walczy głupio, bo walczy sam. Zapomina w swoim zacietrzewieniu, że najważniejszą jest rzeczą, że Pan Jezus jest blisko, że to ten sam Pan Jezus, który uspokoił wzburzone fale morza, i że dla Niego fraszką jest uspokoić wzburzone namiętności człowieka.

Okazji w życiu człowieka jest bez liku do ustąpienia w sobie miejsca Panu Jezusowi, trzeba tylko z każdej takiej okazji korzystać. Trzeba dobrze rozumieć, jakie miejsce Pan Jezus powinien zajmować w duszy człowieka, a przez to w jego życiu, rozumieć też jednocześnie trzeba, jakie miejsce człowiek zajmować powinien wobec Pana Jezusa, a raczej, że rola człowieka powinna polegać na tym, by we wszystkim usuwał się z siebie, łącząc swoją wolę najzupełniej z wolą Bożą w sobie, świadomie oddając swoją duszę i swoje ciało za narzędzie Panu Jezusowi. Im pełniejsze, im zupełniejsze to panowanie Pana Jezusa w człowieku, tym pełniej, tym zupełniej królestwo Boże szerzy się na zewnątrz.

O Jezu, przyjdź królestwo Twoje wszędzie i zawsze.