Jubileusz jest okazją do wdzięczności za wielkie dzieła, jakie Bóg czyni w życiu ludzi, wspólnot i narodów… W tym szczególnym roku, kiedy cieszymy się z setnej rocznicy Odzyskania Niepodległości oraz powstania naszego Zgromadzenia – dziękujemy Bogu za naszą Założycielkę Czcigodną Sługę Bożą Matkę Elżbietę Czacką, za możność realizacji pozostawionego nam charyzmatu i służenia osobom niewidomym w Polsce, Afryce, Indiach i na Ukrainie.

Każda siostra staje z wdzięcznością przed Bogiem za lata przeżyte w powołaniu, prosząc o łaskę wytrwania w wierności do końca… Pragniemy dziękować za s. Gaudencję i s. Irminę, które obchodzą w tym roku 50-lecie i 25-lecie ślubów zakonnych. Dziękujemy Bogu za ich życie, powołanie oraz świadectwo wierności i miłości. Do grona jubilatek należy także śp. s. Salawa, która swój jubileusz obchodzi już w „niebieskich Laskach”. Siostry Jubilatki 17. listopada w kaplicy Matki Bożej Anielskiej uroczyście odnowią złożone przed laty śluby… Z wdzięcznością modlimy się za nowe powołania, które już „zapukały” do naszej klasztornej furty oraz za te dziewczęta, które Bóg wzywa do służby osobom niewidomym na duszy i na ciele…

35 lat życia zakonnego, to także powód do radości i dziękczynienia…

 

W bieżącym roku mija 35 lat od rozpoczęcia życia we wspólnocie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Zaproszenie do napisania świadectwa stało się dla mnie ważnym wyzwaniem i rodziło się bardzo długo. Jak napisać o najistotniejszych chwilach młodości, ważnych chwilach rozmów i wyborów, które stały się początkiem nowego życia? Najbardziej bliskie jest głębokie dziękczynienie i uwielbienie Boga, za Jego dobroć i fantazję, za Jego spojrzenie w kierunku bogatego młodzieńca.

Nie mogę napisać, że powołanie do życia zakonnego towarzyszyło mi od dzieciństwa. Późno pojawiła się myśl o takiej formie życia, ponieważ moi rodzice wprowadzili mnie raczej w religijność tradycyjną. Pierwszych modlitw nauczyła mnie Babunia i ona była dla mnie świadkiem umiłowania Pana Boga. Słyszałam jak krzątając się przy kuchni śpiewa Godzinki lub w chwili wolnej odmawia różaniec. Bardzo często chodziła w  dni powszednie na Mszę św. wieczorną i z czasem, zaczęłam coraz częściej dołączać do Babuni. Choć nie modliliśmy się wspólnie w domu, wiedziałam, że każdy z nas ma swoję chwilę przed Panem Bogiem.

Pierwszy raz o powołaniu do życia zakonnego usłyszałam od mojego księdza katechety gdy byłam w siódmej klasie. Były to słowa wypowiedziane raczej w formie delikatnego wyrzutu. Podczas lekcji o wyborze drogi życia byłam pewna, że tak jak moi rodzice zostanę ogrodnikiem. Bardzo pragnęłam w przyszłości ozdabiać kwiatami ołtarz w kościele parafialnym. Do dziś pamiętam moje zaskoczenie: ściągnięte brwi księdza i jego słowa: Szefuńciu – byłam wtedy gospodarzem klasy – a ja myślałem, że ty pójdziesz do zakonu! Moja odpowiedź była bardzo spontaniczna: Nie! Byłam głęboko zadziwiona taką postawą Księdza, ponieważ myślałam sobie wtedy, że żeby iść do zgromadzenia trzeba być o wiele bardziej pobożnym i dobrym niż ja.

Po tym epizodzie odłożyłam myśl na około pięć lat. Wiernie uczestniczyłam w katechizacji, należałam do służby liturgicznej dziewcząt i śpiewałam w chórze młodzieżowym. Mieliśmy szczęście do dobrych duszpasterzy. Księża dawali świadectwo życiem, z wielkim skupieniem celebrowali Eucharystię, zapraszali na spotkania z Pismem Świętym oprócz cotygodniowych prób śpiewu. Także podczas wyjazdów wakacyjnych lub podczas pielgrzymki na Jasną Górę, Pismo Święte było w plecaku każdego uczestnika i oczywiście … było czytane. Powoli uczyłam się słuchać Boga w Jego Słowie i uczyłam się modlitwy.

W połowie szkoły średniej – do matury miałam „kolegę od serca” i bardzo konkretnie myśleliśmy o powołaniu do małżeństwa. Dużo rozmawialiśmy o przyszłości, ponieważ mieliśmy różne zdania w niektórzych ważnych kwestiach, dotyczących także czystości przedmałżeńskiej. Zaczęłam więc stawiać pytanie: a może nie tak i jeszcze nie teraz? Po wewnętrznej walce nastąpiło trudne młodzieńcze rozstanie.

Moja rogata młodzieńcza dusza była coraz bardziej dziwnie niespokojna, stawiała dużo pytań, wystawiając na próbę cierpliwość także młodych  duszpasterzy, którzy tłumaczyli i dyskretnie czuwali. Stopniowo zaczęły powracać słowa księdza katechety sprzed około pięciu lat. Chyba na krótko przed maturą, po raz pierwszy, moja modlitwa stawała się naprawdę modlitwą sługi chcącego usłyszeć głos Pana Boga. Byłam jednak jak bogaty młodzieniec i trochę jak lękliwy Jeremiasz. O moim wahaniu się wiedział tylko mój spowiednik, któremu jestem ogromnie wdzięczna za towarzyszenie. W międzyczasie  dwóch kolegów z grupy parafialnej podjęło decyzję wstąpienia do różnych seminariów. Jeden z nich, na obrazku napisał mi tekst modlitwy Michaela Quista: boję się powiedzieć „tak”, dokąd mnie zaprowadzisz? Boję się złożyć podpis na dole białej kartki … Nie pamiętam dokładnie tekstu a obrazek gdzieś zaginął …

Stopniowo i bardzo powoli zaczęłam rozumieć, że chyba spodobało się Panu Bogu powołać tę rogatą duszę. Opór i argumentacje na „nie” były czasem wręcz dramatyczne z mojej strony, łącznie z ucieczką w podjęcie studiów zaocznych na SGGW. Jednak słowa Pisma Świętego w tym czasie, modlitwa Psalmów wprowadzała delikatnie w relację z Mistrzem, któremu coraz trudniej było się opierać. Szukałam dramatycznie wsparcia w tych tygodniach i miesiącach. Byłam bardzo wdzięczna, że jednemu z moich kolegów, obecnemu Ks. Zenonowi SAC, który wówczas był w nowicjacie, nie zabroniono kontynuowania korespondencji ze mną. Dzieliłam się wtedy moimi „sporami” z Jezusem oraz trudem decyzji z tego powodu. Z rozmów z rodzicami o powołaniu moich kolegów wiedziałam, że choć szanują ich wybory, to są one rozumiane w kontekście: „nas nie dotyczy”. Nie wiedzieli wtedy, że nadchodzi czas, kiedy ich ukochana córcia, która nigdy nie miała przed nimi tajemnic i była im zawsze posłuszna, doprowadzi do bolesnej konfrontacji różniących się decyzji i postaw.

Decyzję o pójściu za Jezusem podjęłam nie wiedząc dokąd iść. Nie znałam bliżej żadnego zgromadzenia, choć w Warszawie łatwo było spotkać siostry na ulicach. Czytałam parę niewielkich książek o założycielkach różnych zgromadzeń, ale jakoś nie stały się inspiracją. Głęboko w sercu miałam pragnienie służby osobom niepełnosprawnym. Kiedyś, podczas wagarów na Starówce weszłam do kościoła św. Marcina, którym opiekują się franciszkanki Służebnice Krzyża z Lasek. Małe promyki światła nie dawały mi smugi światła w niepewnym poszukiwaniu. Moim „zawieszeniem” w wyborze podzieliłam się z drugim kolegą klerykiem, obecnie ks. Dariuszem. Na słowa, że chcę służyć Panu Bogu, tylko nie wiem gdzie … on odpowiedział prosto z mostu (taki jest do dzisiaj) ty głupia, powiedz, że idziesz do Lasek. Zatkało mnie wtedy, bo faktycznie, kiedyś czytałam o Laskach, zachodziłam do kościoła św. Marcina i uzmysłowiłam sobie, że wtedy chyba serce inaczej biło… Odpowiedziałam mu tylko: masz rację i poczułam, że to krótkie stwierdzenie jakby otworzyło zamknięte ciężkie wrota.

Bardzo przeżywałam, jak powiedzieć rodzicom. Bałam się bardzo. W tej intencji pielgrzymowałam z grupą parafialną i naszym duszpasterzem, ks. Kazimierzem, na czuwanie nocne na Jasną Górę pod koniec kwietnia 1983. Prosiłam Matkę Bożą o potwierdzenie powołania i o siłę wierności. Napięcie tej nocy modlitwy było tak duże, że przypłaciłam je bardzo złym samopoczuciem następnego ranka. Odczytałam ten fakt jako pełne miłości „powalenie opornika”. Dopiero wtedy podjęłam konkretne kroki. W drodze powrotnej z czuwania, w pociągu, poprosiłam moją koleżankę Anię o pomoc w nawiązaniu kontaktu z siostrami z Lasek. Wiedziałam, że koresponduje z jedną z sióstr. Pamiętam do dziś jej zdziwione oczy, bo jak powiedziała: wszystkiego mogła spodziewać się po mnie, ale nie tego. Ania – s. Aurora jest teraz siostrą Misjonarką Miłości.

Po tygodniu czy dwóch, w maju, nie mówiąc rodzicom o dokładnym celu naszego wyjazdu do Warszawy pojechałyśmy na spotkanie z siostrą franciszkanką Służebnicą Krzyża. Natomiast tydzień później, już bez Ani, pojechałam z s. Terezją do Lasek moim fiatem 126p. Podczas jazdy siostra trzymała się dyskretnie fotela i odmawiałyśmy różaniec. Po pewnym czasie wyznała, że bała się jechać z tak młodym kierowcą a poza tym myślała: co to za kandydatka z samochodem? Coś w rodzaju bogatego młodzieńca …

Pierwsze spotkania z siostrami w Laskach pozwoliły mi poczuć się, że to tutaj czeka na mnie Pan Jezus. Nie było uniesień ani fajerwerków, ale pokój pomimo narastającego drżenia: Jak powiem rodzicom? Nie było już czasu do stracenia a ja nadal nie wiedziałam jak …

Najłatwiej było mi powiedzieć mojemu bratu, że idę do Zgromadzenia. Choć miał wtedy tylko 11 lat, przyjął moją wiadomość bardzo poważnie. Poprosiłam też go, żeby nie mówił rodzicom i do dziś wspominamy, jak wiernie dotrzymał obietnicy. Chciałam znaleźć odpowiedni moment, by powiedzieć rodzicom, ale ciągle nie wychodziło. Bardzo dużo modliłam się wieczorami w pokoju i trudno było zasnąć. Pewnego czerwcowego ranka ktoś (do dziś nie wiem kto) uczynił to za mnie, dzwoniąc z zapytaniem, czy to prawda, że idę do zakonu. Rodzice zapytali mnie i wszystko stało się jasne, choć bardzo trudne dla obu stron. Rodzice płakali i tłumaczyli swój sposób widzenia a Babunia, choć w głębi serca wspierała mnie, na zewnątrz „trzymała” ich stronę. Wspólnie, jakby po dwóch stronach barykady przeżyliśmy niesamowicie trudne tygodnie. Zaczęłam łamać się, że może odłożyć wstąpienie na rok. Może uda nam się dojść do kompromisu …

Następna rozmowa z siostrą odpowiedzialną za postulat odbyła się dwa tygodnie później. Gdy łamałam się wobec trudności w domu siostra powiedziała: Daję ci dwa miesiące czasu. Jeżeli nic nie zrobisz w tym czasie, to nie licz, że uda ci się w ciągu roku. Siostra opowiedziała też kilka trudnych przykładów z historii powołania innych sióstr. To była wielka pomoc.

Moją ostatnią (szóstą) pieszą pielgrzymkę Warszawską na Jasną Górę ofiarowałam za rodziców, by nie cierpieli i zrozumieli, że to nie ja wybieram lecz jestem tylko jedną z wybranych. Rozstanie z rodzicami we wrześniu 1983 było smutne i trudne.

Gdy byłam w postulacie lody już trochę topniały. Pomogły odwiedziny i rodzice zobaczyli, choć jakoś nie dowierzali, że jestem naprawdę szczęśliwa razem z moimi sześcioma siostrami z rocznika. Bardzo pomógł również wspólny nowicjacki wyjazd do rodziców w październiku 1984 r. i późniejsze spotkanie rodziców nowicjuszek po Nowym Roku 1985. Pamiętam, jak rodzice najpierw przy wspólnym stole, a potem we wzajemnych spotkaniach ponarzekali z powodu wyboru ich córek, a potem poczuli się jakoś razem i odczuli pokój, którego świat nie daje … Panu Bogu nie przestaję dziękować, że dał rodzicom zrozumienie i dar zgody na Jego wolę, choć, jak sami wspominali, nic nie pamiętali z pierwszych ślubów, bo bardzo płakali.

Każdy rok przynosi nowe doświadczenia zawiązane z tajemnicą, którą wybrałam: od Zwiastowania Pańskiego. Wobec różnych zadań, które były mi powierzone i których często lękałam się, stawałam pomiędzy pytaniem „jakże się to stanie?” i odpowiedzią „oto ja, służebnica Pańska”. Między pytaniem a odpowiedzią pozostawał czas słuchania i zaufania Panu Bogu, pomimo tego, że na zewnątrz nie brakowało mi „wrodzonej pewności siebie”.

Pan Bóg miał odwagę złożyć i składa nieustannie ten skarb w kruchym naczyniu. On podtrzymuje każdy mój dzień życia w konsekracji, On prowadzi drogą szczęścia: w radości i doświadczeniu krzyża – do Zmartwychwstania. On jest Drogą, Prawdą i Życiem. On jest Źródłem i Pokarmem dla każdej wspólnoty Kościoła, wiary, nadziei i miłości Boga i bliźniego.

Wielbi dusza moja Pana …

                                                                                                                                                                s. Radosława Podgórska FSK